now@ on-line luty 2003

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


w tym wydaniu: 

Andreas:

Mariusz Dastych:

StefanDetko:

Zbyszek Koreywo:

Marcin Małek:

Steyr Daimler Puch:

oświadczenie

Paweł A.Sztandera:

 
 

Zbyszek Koreywo

karczowisko

Z uwagą przeczytałem list Mariana Kałuskiego “Finis Poloniae?” (TP nr16) i muszę powiedzieć, że choć pozornie nie sposób nie zgodzić się z jego treścią to jednak mam poważne zastrzeżenia co do niektórych jego fragmentów.

Przede wszystkim Polska inteligencja nie mogła zdradzić sprawy polskiej bowiem w swej masie po prostu nie przetrwała do dzisiejszych czasów. Systematycznie mordowana od początku wojny przez obu okupantów, ostatecznie wykrwawiła się w Powstaniu Warszawskim. Co więcej, dla polskiej inteligencji wojna nie skończyła się w 1945 roku a ci, którym udało się przeżyć, zmuszani byli do emigracji. Reszcie zaś założono w kraju ciężki knebel strachu plus zakaz jakichkolwiek publikacji. Swoją drogą obaj okupanci wykazywali zdumiewająco podobny styl postępowania w eliminacji światłych Polaków, zupełnie jakby na jakiś rozkaz z góry. Natomiast tzw. inteligencja powojenna miała naprawdę niewiele do czynienia z Polskością. Można by sypać setkami nazwisk ale weźmy pierwsze z brzegu. Jerzy Urban, podobnie jak Adam Michnik, Bronisław Geremek, Leszek Balcerowicz, Jan Krzysztof Bielecki, Stefan Bratkowski, Ryszard Bugaj, Alina Grabowska, Hanna Grokiewicz-Waltz, Ryszard M. Groński, Aleksander Hall, Józefa Hennelowa, Tomasz Jastrun, Jerzy Kosiński itd. itd. nigdy Polakami - patriotami nie byli. To, że pozmieniali nazwiska na Polsko brzmiące jeszcze nic nie znaczy.

Natomiast jeżeli chodzi o narody to, moim zdaniem, żaden z nich w swej masie nigdy i nigdzie nie był patriotyczny. Patriotyzm jest pojęciem czysto abstrakcyjnym i nie wszyscy są w stanie pojąć jego dobroczynne działanie dla narodowości. Ja bym zaryzykował twierdzenie, że nie więcej niż 5% każdej społeczności jest patriotami. Oczywiście, w chwili oczywistego zagrożenia ta liczba znacznie wzrasta ale w warunkach utajonego niebezpieczeństwa (a z takim właśnie mamy teraz do czynienia) znakomita większość populacji po prostu nie chce słyszeć o patriotyzmie. Ma to sens o tyle, że patrioci giną pierwsi. Z drugiej strony świat nie zmienia się na lepsze dlatego, że gdzieś tam żyje sobie Stasiu i Tereska Pudło ale tylko i wyłącznie dzięki ludziom ofiarnym. Mam też wrażenie, że żaden inny kraj nie zdobył się na tak wielki patriotyczny wysiłek jak II Rzeczpospolita w czasie ostatniej Wojny Światowej. Niemniej cenę za to płacimy do dzisiaj.

Natomiast jeśli chodzi o kościół w starym kraju to ja i tak jestem pełen podziwu, że przetrwał tak długo i dopiero teraz zaczyna się kruszyć. Oczywiście, że komuniści od 50 lat starali się go zniszczyć, a ponieważ nie udawało się im osiągnąć jakichś znaczących rezultatów na tym polu to teraz rozsadzają go od wewnątrz. Niemniej jest to zjawisko charakterystyczne nie tylko dla Polskiego kościoła ale także i światowego. Pamiętam, coś z piętnaście lat temu, pewien rozumny człowiek mówił mi, iż wie o tym, że KGB, już od lat trzydziestych ubiegłego wieku wysyłało młodych ludzi na Zachód z jednym tylko zadaniem – przeniknąć przez mury kościołów i Watykanu. Patrząc na to, co się dziś wyrabia w Domu Bożym, nie ulega wątpliwości, że jakiejś części to się udało i zapewne do dziś wypełniają polecenia “Imperium Zła” – i nie mam tu na myśli tylko i wyłącznie byłych Sowietów. Ponadto, znając bolszewickie praktyki jestem absolutnie przekonany, że podobne metody były stosowane na szczeblach lokalnych i że w tej chwili kościół polski jest również infiltrowany w jakimś stopniu przez tajnych agentów.

Z drugiej strony, bez przerwy trwa okrutna ofensywa kłamstw wymierzonych przeciwko księżom, przeinaczeń czy też rozdmuchiwanie ludzkich słabości do niewiarygodnych wręcz rozmiarów. Pewnie, pedofilia jest zbrodnią i powinna być surowo karana. Jest też prawdą, że zdarzają się zboczeńcy także i wśród sług kościoła. Niemniej, obserwując histeryczne zachowania “przekaziorów”, mniej obeznani skłonni byliby uwierzyć, że znakomita większość pedofilii ulokowała się właśnie w instytucjach chrześcijańskich. Jakby tego było mało, atak wymierzony jest także w totalnie niewinnych hierarchów, którym zarzuca się, że nie zapobiegli tragediom, o których dowiadują się z prasy. Patrząc na te obrzydliwe praktyki czasem myślę sobie, że niemalże codziennie pewni ludzie ustanawiają nowe rekordy podłości i moralnej prostytucji.

Natomiast ważnym jest by wiedzieć, skąd się bierze ta wściekła nienawiść do kościoła, bowiem zrozumieć wroga to połowa wygranej. I tak, dla mnie nie ulega wątpliwości, że w tej chwili tylko religia jest w stanie przeciwstawić się “siłom potężnym a zarazem całkowicie amoralnym”. Dlatego z tak wielką obawą patrzę w przyszłość, kiedy zabraknie naszego papieża, Jana Pawła II. Czy kościół katolicki wytrzyma to barbarzyńskie oblężenie w czasie, kiedy od wewnątrz jest podkopywany przez agentów “Imperium Zła”? Myślę, że odpowiedź na to pytanie w dużym stopniu będzie zależeć od zachowania nas samych jak i od mądrości kościelnych władz.

* * *

Jakoś tak się składa, że myśląc o narodach świata a już szczególnie o Polskiej nacji, do głowy przychodzą mi porównania z naturą, przyrodą w całej jej krasie. I tak Polskę międzywojenną wyobrażam sobie jako młody las - jasny i widny, wypełniony po brzegi zapachem jagód, malin i grzybów, pełen strzelistych sosen i wielkich dębów, zdolny przetrwać nie wiem jaką zawieruchę. Drzewa w tym lesie to byli ludzie światli, inteligencja; pnąc się w górę do słońca wskazywali drogę innym. Dęby, wielkie i wspaniałe, górowały nad całym lasem. To ludzie wybitni, tacy jak Ignacy Paderewski albo Roman Dmowski. W ich cieniu wyrastały młode dębczaki, póki co zapalczywie wadzące się z wiatrem i nie pomne, że kiedyś ich mocarne konary drwić sobie będą ze złych wichrów. Oczywiście, jak w każdym lesie była też i podściółka. Dużo trawy, różne mchy, większe i mniejsze krzaczki, bez których przecież las nie może istnieć ale roślinność ta nie wybija się na niezwykłość. Ot, jest tam, tak jak wszędzie ale jej największą zaletą jest to, że, ze względu na ilość, praktycznie nie sposób ją wytrzebić.

Bardziej przykre w lesie były chwasty. Rosło to tam i tu, nikomu niepotrzebne i naprzykrzające się chwytliwymi gałązkami – to był tzw. margines; złodziejaszkowie, bumelanci, wydrwigrosze, żyjący z nie wiadomo czego. Niemniej las dawał sobie z nimi radę, zwykle nie pozwalając im na jakieś większe rozprzestrzenianie.

Znacznie groźniejsze natomiast były karłowate drapaki. Poskręcane dziwacznie, czarne, z zazdrością patrzące w górę na strzeliste jodły i buki, z zapiekłą nienawiścią marzyły tylko o jednym: żeby cały las zniżył się do parteru, do ich poziomu. To byli zdrajcy; w ich cieniu wszystko gniło, ziemia nic nie rodziła i jeżeli ktoś przechadzał się po lesie, to lepiej było koło tych drapaków nie przechodzić.

Ale najbardziej groźny w lesie był perz. Z pozoru miękki i bezbronny czepiał się wszystkiego co rosło, bowiem sam z siebie nie był w stanie rosnąć. A kiedy już oplótł jakąś roślinę setkami drobnych macek, dusił ją powoli ale systematycznie, do końca wypijając z niej życiodajny sok. Dlatego perz jest tak bardzo niebezpieczny. Może rosnąć w górę po drzewach i udawać, że to właśnie on jest tym przewodnikiem, wskazującym drogę do słońca. Ale prawda jest taka, że perz dba tylko o siebie i że w swojej ekspansji bezlitośnie dławi leśną wegetację, powoli zamieniając wesoły, jasny las w próchniejącą ciszę, pełną strupieszałych, karłowatych pni.

Natomiast tragedią bez porównania jest dla każdego lasu wyrąb drzew. Kiedy okrutni drwale przyjdą ze swymi narzędziami śmierci i zabiorą się do pracy, cały las zastyga w przerażeniu. Kiedy smukłe jodły i modrzewie, prężne buki i dębczaki zaczynają padać pod ciosami siekier – oznacza to, że przyszedł koniec lasu, że może być i tak, iż tam, gdzie był piękny bór, będzie tylko karczowisko. Na karczowisku zaś byle drapak będzie górował nad murawą, byle krzak będzie mógł udawać, że to właśnie on jest przewodnikiem. Zaraz też chwasty zaczną śmielej piąć się w górę, karłowate drapaki opanują wyrąb, głosząc wszem i wobec, że drzewa nie mają racji bytu i że bez nich wszystkim będzie lepiej. A perz już zadba o to, by przez murawę nie przebiły się młode pędy nowych drzew.

Dlatego tak wielką tragedią dla Polskiego lasu był wyrąb najpiękniejszych drzew w czasie i po ostatniej wojnie. Tragedią potęgującą się wraz z upływem czasu, bowiem dziś w ziemię nie padają nasiona dawno temu wyciętych drzew. A przecież dzisiaj powinniśmy mieć już trzecie pokolenie tamtego lasu; to już nie byłby młody zagajnik z dwudziestolecia międzywojennego. To byłby już wspaniały bór, pełen potężnych drzew, osłaniający swymi konarami mchy i trawy; nasz wspólny dom, pełen gwaru ptactwa i huczący konarami gdzieś pod niebiosami.

Zamiast tego Polska dziś to jedno wielkie karczowisko. Winni temu są nasi sąsiedzi – Niemcy i Rosja. Ze zdumiewającą zgodnością mordowali nasz drzewostan, starannie omijając chore na nienawiść, skarlałe kosodrzewiny i chwasty. Obaj oprawcy dobrze wiedzieli co robili – nie ma bowiem lasu bez drzew.

I ciągle wraca, jak koszmarny sen, to pytanie: dlaczego Polska? Żaden inny kraj nie był traktowany tak okrutnie, z taką zapiekłą wściekłością, wykluczającą jakiekolwiek rozumowanie. Odpowiadając na to pytanie, trzeba, jak w każdym zachowaniu kryminalnym, przede wszystkim zwrócić uwagę na motywy; zwykle ten, kto skorzystał najbardziej na zbrodni, staje się pierwszym podejrzanym. W tym wypadku nie ulega najmniejszej wątpliwości, że największe korzyści z wyciętego lasu ma perz wraz z karłowatymi drapakami. Niezdolni do wielkości, mogą górować nad podściółką tylko na wyrębie.

 

 

 

 

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów        http://nowamedia.w.interia.pl