now@ on-line luty 2003

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


w tym wydaniu: 

Andreas:

Mariusz Dastych:

StefanDetko:

Zbyszek Koreywo:

Marcin Małek:

Steyr Daimler Puch:

oświadczenie

Paweł A.Sztandera:

 

 

Marcin Małek

KOREA – USA: CASUS BELLI

(Ekologia wojny)

Miniony rok zbiegł pod znakiem miecza – wojna zagościła w nas chyba już na dobre – był Afganistan, przed oczami migały nam klatki taśm z Czeczenii, oglądaliśmy dzień po dniu oblężenie Bazyliki Narodzenia Pańskiego w Betlejem, bitwy na ulicach Ramallach, Gazy, Jerozolimy, rozbicie osławionej greckiej bojówki 17-ego Listopada, wybuch na Bali, trupy terrorystów w teatrze na Dubrowce w Moskwie, relacjonowano nam powolną śmierć zakładników otrutych gazem, były codzienne sprawozdania z polowań na członków Alkaidy, usłyszeliśmy, że tu i tam służby bezpieczeństwa udaremniały próby zamachów terrorystycznych i tak niemal przez cały rok. Wreszcie przyszedł „Nowy”2003 rok i wydawać by się mogło, że gorzej już być nie może, nie powinno – cóż może i nie powinno, ale jest. I tak sobie myślę, będzie jeszcze gorzej. Czemu? A temu!

Jak słusznie zauważył Pan Toynbee: „Pokolenie nasze - w odróżnieniu do przodków – jest głęboko przekonane, że pax oecumenica to nagląca konieczność. Żyjemy pod grozą katastrofy, która może nas zaskoczyć, jeżeli bez zwłoki nie wyjdziemy naprzeciw tej konieczności. [...] Straszliwie lękamy się najbliższej przyszłości, ponieważ mamy za sobą potworne doświadczenia niedawnej przeszłości, których przerażająca nauka na zawsze wyryła się w pamięci. Pokolenie nasze poznało przez cierpienie dwie prawdy. Pierwsza z nich to fakt, że w społeczności zachodniej instytucja wojny nadal jest w pełni sił. Druga głosi, iż w technicznych i społecznych warunkach świata zachodniego każda wojna musi grozić wzajemnym wyniszczeniem. Prawdy te opierają się na doświadczeniach z wojen światowych 1914-1918 i 1939-1945, a najbardziej złowróżbny jest fakt, że owe wojny nie stanowiły klęsk odosobnionych bez precedensu. Były dwiema wojnami z długiej serii; gdy zaś ogarniemy ją wzrokiem, przekonamy się łatwo, że to nie tylko seria, lecz również narastanie. W nowożytnej historii Zachodu wojna następowała po wojnie przybierając wciąż na sile, a obecnie jest faktem oczywistym, że lata 1939 – 1945 nie oznaczają szczytu tego procesu narastania. Jeżeli seria będzie kontynuowana, proces narastania, będzie się rozwijał, aż wreszcie potęgowanie okropności wojennych przywiedzie wojowniczą społeczność do samounicestwienia.”

Tegoroczną serię otwiera Korea Północna -zagroziła, że jakakolwiek próba nałożenia sankcji ekonomicznych na ten kraj, może go pchnąć do wojny. Władze KRLD wydaliły w ubiegłym miesiącu inspektorów Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA), nadzorujących układ z 1994 r. o zamrożeniu programu atomowego KRLD, którego sygnatariuszem były również Stany Zjednoczone. Phenian zapowiedział też wystąpienie z układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej, jeśli USA nie wznowią z nimi rozmów. Stany Zjednoczone odrzuciły propozycje północnokoreańskie uzasadniając, że z „szantażystami” się nie rozmawia.

W Waszyngtonie (poniedziałek 06.01.2003) wysłannicy Seulu i Tokio prowadzili trójstronne konsultacje z zastępcą sekretarza stanu Jamesem Kellym. Seul proponuje kompromis - za wstrzymanie prac w centrum nuklearnym w Yongbyon, gdzie może powstać bomba atomowa, Phenian miałby otrzymać gwarancje bezpieczeństwa ze strony USA, ponadto Amerykanie mieliby zapewnić wznowienie dostaw paliwa do reaktorów pracujących na potrzeby pokojowe. Waszyngton nie odrzuca z góry tego planu, ale nie zgadza się by w obecnej sytuacji siadać do stołu z „szantażystą” Kim Dzong Ilem. Jeszcze tego samego dnia w Wiedniu MAEA przyjęła rezolucję wzywającą Koreę Północną do podporządkowania się wcześniejszym porozumieniom - w przeciwnym wypadku sprawa zostanie skierowana do Rady Bezpieczeństwa ONZ. Agencja nie podała jednak, ile czasu daje Korei. Koreańczycy natomiast – także w poniedziałek - oskarżyli Stany Zjednoczone o szykowanie ataku nuklearnego i ostrzegli, że jeśli do tego dojdzie, Amerykanie doczekają się odwetu.

Amerykanie wykluczają rozwiązanie militarne - dlaczego?

Nawet USA obawiać się muszą prowadzenia więcej niż jednego konfliktu naraz. Warto przypomnieć że Stany Zjednoczone mają otwarte już dwa fronty – wojna z terroryzmem i spór wokół Iraku - choć ten drugi to jeszcze nie jest wojna sensus stricto; ale ze stuprocentową pewnością można zawyrokować, że będzie. Tak więc prowadzenie trzech wojen w wielu zakątkach świata byłoby: po pierwsze wysoce nierozsądne, a po drugie w obecnej sytuacji po prostu niemożliwe. Dalej – w razie ataku na Koreę jej riposta groziłaby nieporównywalnymi z ewentualną odpowiedzią wojskową Iraku skutkami. Seul, stolica Korei Południowej, znajduje się zaledwie o 40 km od Panmundżomu i granicy wzdłuż której rozmieszczonych jest 600 tys. żołnierzy z ponad milionowej armii Północy. Poza tym pod błyszczącymi „noskami” koreańskich scudów – jak na tarczy - siedzą dziesiątki tysięcy amerykańskich żołnierzy, Koreańczycy mają też za zakładników Koreę Południową, i Japonię.

Korea to nie Irak. W porównaniu z rokiem 1991 armia Saddama dysponuje 40 proc. ówczesnego potencjału - osłabiona embargiem, zdziesiątkowana ośmioletnią wojną z Iranem i interwencją USA po inwazji na Kuwejt; Korea Północna dysponuje zdyscyplinowaną fanatyczną armią – zorganizowaną na wzór stalinowski. Irak ma około 20 rakiet Scud, których zasięg nie przekracza 600 km. Koreańczycy mają do 200 rakiet średniego zasięgu i przeprowadzili próby z rakietą zbliżoną zasięgiem do interkontynentalnych pocisków balistycznych (1300 km zasięgu). Japończycy dobrze pamiętają dzień w którym koreańska rakieta rozpruła niebo nad ich głowami. KRLD dysponuje ponadto bonią jądrową (2 albo 3 bomby) chemiczną i biologiczną.

Wziąwszy pod uwagę tylko tych kilka czynników wydaje się, iż zasadniczą przyczyną, dla której USA chcą zaatakować Irak, a nie Koreę Północną, jest to, że mogą to zrobić – Irak po prostu nie będzie w stanie się obronić. Przecież: „celem wojny jest zwycięstwo; celem zwycięstwa zdobycz; celem zdobyczy zachowanie jej.”

Koreańczycy wyraźnie dążą do konfrontacji – dlaczego?

Kim wciąż prowokuje napięcia w dwustronnych stosunkach z USA. Możemy tu zaobserwować klasyczny splot dwóch czynników: konfliktu interesów i obawy przed wzrastającym w potęgę wrogiem. Pisał już o tym Francis Bacon: „...co się tyczy sąsiadów; tu nie można dać ogólnej reguły, poza jedną, która zawsze jest słuszna. Jest, nią mianowicie to że władcy winni czuwać należycie, iż by żaden z ich sąsiadów nie urósł w potęgę tak (powiększając swe terytorium, rozwijając handel, zbliżając się do ich granic, i tak dalej), iż by mógł w większym stopniu być dla nich uciążliwy, niż był poprzednio. Jest to, ogólnie biorąc, zadaniem stałych rad czuwać nad tym i temu przeszkadzać. W czasie gdy trwał triumwirat królów; Henryka VIII angielskiego, Franciszka I francuskiego oraz Cesarza Karola V, pilnie tak czuwano, iż by, żaden z tych trzech nie zdobył nawet piędzi ziemi, o ile dwaj pozostali by tego od razu nie zrównoważyli, czy to przez sojusz, czy też jeśli zajdzie potrzeba przez wojnę; i żaden z nich nie godził się na pokój, za który musiał by później zapłacić. Podobnie czyniła liga (o której Guicciardini mówi, że była gwarancja bezpieczeństwa dla Italii), Jaką stworzył Ferdynand król Neapolu oraz Lorenzo Medicii i Ludwik Sworza, władcy jeden Florencji a drugi Mediolanu. I nie można przyjąć opinii pewnych ludzi uczonych jakoby nie można było prowadzić sprawiedliwie wojny inaczej niż wobec doznanej już krzywdy i prowokacji. Nie ulega bowiem wątpliwości, że słuszna obawa przed grożącym niebezpieczeństwem, jest uzasadnionym powodem wojny, choćby nie został zadany jeszcze cios...” Patrząc przez okulary Bacona trudno się dziwić. Kim najwyraźniej nie jest taki głupi, jak niektórym mogło się wydawać, dobrze rozumie, że po rozprawie z Irakiem przyjdzie kolej na niego. Widzi, że w obecnym położeniu o wiele łatwiej będzie ukąsić lwa – zwłaszcza że ten aktualnie opędza się od sfory głodnych hien - niż czekać na dzień w którym lew - kiedy już pogruchocze kości padlinożercom - przyjdzie do niego i położy mu na karku swoją ciężką łapę. Dzisiaj niema chyba na całym świecie nikogo, komu mogłoby bardziej zależeć na wywołani wojny. Tych kilka tygodni przed spodziewanym atakiem na Irak – to właśnie „dni Kima” – jeśli dobrze rozegra sprawę, może upiec się nawet Saddamowi. Jeśli zmięknie, straci wszystko. Albo zaduszą go głodni rodacy albo, wcześniej czy później wyzionie ducha pod łapą lwa. Amerykanie unikają napięć jak mogą, Koreańczycy drażnią, prowokują i „macają” wroga. A wszystko prowadzi do jedynego „rozsądnego” – w mniemaniu „Gwiazdy Korei” – scenariusza. Wojny z USA. Taka wojna wybawi go bowiem ze wszystkich kłopotów: w kraju już nikt nie będzie myślał o głodzie - skoro ojczyzna w potrzebie - odsunie się widmo buntu, ludzie zapomną o własnej niedoli, bolejąc nad niedolą kraju – daj pospólstwu wroga, a będzie stokroć wdzięczniejsze niż byś obsypał każdego z osobna górą złota. Daj prostakom poczucie siły, a pożywią się nim jakby było najzacniejszym mięsiwem.

Kim o tym wie, dlatego gra, choć wydaje się, że wszystkie figury trzyma przeciwnik.

Warszawa 09.01.2003

Arnold J. Toynbee „Wojna i cywilizacja” s. 11-12. wyd. Altaya, Warszawa 2002.

2 Przejście graniczne w Panmundżomie od strony północnej. Miejsce, jest jedyną lokacją, gdzie można legalnie przekroczyć granicę między obiema Koreami. Przejście to nie jest jednak zbyt często używane, od zaprzestania działań wojennych przekroczył je zaledwie jeden południowokoreański cywil - był to Chung Ju Yung założyciel Hyundai`a, który w roku 1998 przeprowadził na stronę północną 500 krów w ramach pomocy dla głodującej północy.

3 Monteskiusz „O duchu praw”, s.19. wyd. Altaya, Warszawa 2002.

4 „Historia idei politycznych – wybór tekstów” s. 309-310 Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego

 

 

 

 

 

 

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów        http://nowamedia.w.interia.pl