now@ on-line luty 2003

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


w tym wydaniu: 

Andreas:

Mariusz Dastych:

StefanDetko:

Zbyszek Koreywo:

Marcin Małek:

Steyr Daimler Puch:

oświadczenie

Paweł A.Sztandera:

 

 

StefanDetko

rywingate

Sprawa propozycji korupcyjnych Lwa Rywina wobec Gazety Wyborczej wywołała sensację, zbulwersowała media i środowiska polityczne. W jej wyniku zatrudniono prokuraturę, powołano Sejmową Komisję Śledczą oraz wylano kilka ton farby na drukowanie spektakularnych scenariuszy zakulisowych machinacji, nie wspominając już o zajęciu tą aferą sporej części czasu antenowego wszystkich serwisów informacyjnych. Nie uczestnicząc w tych spekulacjach, spróbuję skojarzyć kilka, niepokojących mnie faktów, postawić kilka pytań i wysnuć subiektywną hipotezę zakończenia całej tej historii.

Lektura kilku pierwszych akapitów artykułu Pawła Smoleńskiego, pod tytułem „Ustawa za łapówkę czyli przychodzi Rywin do Michnika”, wywołała we mnie pierwsze wrażenie nieufności. Cytuję:

- Michnik oszalał ze szczętem - pomyślałem, gdy powiedział mi: "Muszę nagrać jednego faceta. Kup najlepszy magnetofon, jaki znajdziesz. Cena nie gra roli". W tym, że oszalał, utwierdziła mnie jego asystentka.

- Po co nowy magnetofon - urągała. - Jak to: "Cena nie gra roli!". To on nie wie, że musimy ciąć koszty! Ale magnetofon kupiłem.

Czyżby w redakcji tak świetnie prosperującej gazety, specjalizującej się niegdyś w dziennikarstwie śledczym, nie było magnetofonów i to najwyższej jakości? Cała powyżej zacytowana scena jest wyreżyserowana tak teatralnie i sztucznie, że wzbudza od samego początku wrażenie mistyfikacji, rzutujące na wiarygodność przedstawianych przez Pawła Smoleńskiego, sensacyjnych informacji.

Problem nie leży jednak w ilości i cenie magnetofonów, będących w posiadaniu redakcji GW, ani jej sytuacji finansowej. Przyznaję, że epizod ten swoją naiwną scenicznością odwrócił moją uwagę od faktu bardziej doniosłego, informacji zawartej w podtytule, wydrukowanym tłustą czcionką:

„Drukujemy wszystko, co udało się ustalić.”

Zapewnienie to, umieszczone w gazecie, której wiarygodność uznaje większość mediów i opinii publicznej w Polsce, przyjęte zostało przez wszystkich jako niepodważalne zwłaszcza, że Adam Michnik solennie zarzekał się, iż Gazecie Wyborczej zależy na pełnym wyjaśnieniu wszystkich okoliczności tej sprawy. Jednakże w świetle wyników śledztwa dziennikarskiego prowadzonego przez redakcję Rzeczpospolitej, tytułowe stwierdzenie okazało się fałszywe, gdyż jak się okazało, GW nie opublikowała w pełnym wymiarze nagranej przez Adama Michnika rozmowy. Dezawuacji uległa również mocno naciągana, powyżej cytowana historia z magnetofonem, których – jak potwierdziła prokuratura i w końcu przyznał sam Paweł Smoleński – było dwa.

W związku z powyższym nasuwa się pierwsze, zasadnicze pytanie: dlaczego Gazeta Wyborcza opublikowała materiał zawierający kłamstwa? Nie komentując i nie drążąc dalej tej kwestii, stwierdzam jedynie i podkreślam fakt, że Gazeta Wyborcza już na samym początku ujawniania tak zwanej afery Rywina, posłużyła się kłamstwem i to z premedytacją. Dodam tylko, że w konsekwencji tej publikacji Adam Michnik postawił się w roli podejrzanego o współudział w tuszowaniu całego skandalu.

Kolejne pytania i wątpliwości wzbudziła procedura powołania Specjalnej Komisji Sejmowej, której samo już wyłonienie składu pogwałciło podstawową zasadę sprawiedliwości, wyrażaną w rzymskim przysłowiu: „nie będziesz sędzią we własnej sprawie”. Mało tego, główny podejrzany w tej aferze, Sojusz Lewicy Demokratycznej zapewnił sobie całkowitą kontrolę nad procedurami i końcowym orzeczeniem komisji, stawiając pod znakiem zapytania rzetelność prowadzonego dochodzenia. Kolejne pytanie, o rzeczywistą gotowość SLD do pełnego wyjaśnienia wszelkich okoliczności tej sprawy, pojawia się wręcz automatycznie. Dodatkowej pikanterii zabiegom o skład komisji dodały przeprowadzone przez posłów SLD, wspólnie z adwokatami Lwa Rywina (sic!), zakulisowe manewry w celu wykluczenia ze śledztwa, mianowanego przez PiS, posła Ziobro. Współpraca Ryszarda Kalisza z obrońcami Rywina stawia kolejny wielki znak zapytania o uczciwe zamiary wyjaśnienia tej sprawy.

Najbardziej niepokojącym i bezspornie ustalonym faktem jest udział w aferze Rywina premiera RP, Leszka Millera, na którym ciąży zarzut nie poinformowania prokuratury o poważnej próbie przekupstwa, o której dowiedział się na spotkaniu z Rywinem i Adamem Michnikiem. Zaznajomiony z faktami i będący świadkiem przyznania się do winy głównego podejrzanego, premier przemilczał całą sprawę a po jej ujawnieniu całą rzecz zbagatelizował. Na tym tle uzasadnionym staje się pytanie: czy koneksje towarzyskie (Miller z Rywinem i Michnikiem są na „ty”, tak samo jak z wszystkimi innymi zamieszanymi w tą aferę) są dla premiera rządu Rzeczypospolitej Polskiej ważniejsze niż obowiązujące prawo? Nie zagłębiając się w zbędne dywagacje, stwierdzam bezsporny fakt, iż premier Leszek Miller miał obowiązek z urzędu i jako obywatel złożenia do prokuratury zawiadomienia o przestępstwie.

Kolejne pytania dotyczą wypowiedzi Adama Michnika, w której tłumaczył tak późne ujawnienie afery Rywina między innymi koniecznością „osłaniania” końcowej fazy negocjacji akcesyjnych z Unią Europejską. Twierdzenie to jest bardzo zastanawiające, zwłaszcza w obliczu faktów ujawnionych pod koniec stycznia br., dotyczących szczegółów końcowej fazy negocjacji w Kopenhadze, z których wynika, iż polscy negocjatorzy, z Leszkiem Millerem na czele, nie wynegocjowali tego, co po powrocie do kraju ogłosili ogromnym sukcesem. Zadziwiające jest także, że afera Rywina zajęła większość czasu antenowego wszystkich serwisów informacyjnych, które wolały zająć się tą sprawą zamiast wnikliwej analizy podpisanych w Kopenhadze porozumień. Czy ujawnienie na łamach GW afery Rywina tuż po zakończeniu negocjacji z UE to zbieg okoliczności, czy celowe działanie maskujące mizerne, niekorzystne dla Polski wyniki? Faktem jest także, że pomimo wielokrotnie ponawianych obietnic SLD do tej pory nie ujawnił opozycyjnym klubom parlamentarnym treści dokumentów sygnowanych w stolicy Danii 13.12.2002 roku. Na tym tle, soczyste pocałunki jakimi Leszek Miller obdarzył po powrocie z Kopenhagi Adama Michnika, nabierają szczególnego znaczenia.

Zastanawiająca jest także postawa prokuratury, która nie zastosowała – jak na przykład w sprawie skandalu w łódzkim pogotowiu ratunkowym, gdzie też chodziło o łapówki za „towar” – tymczasowego aresztowania Lwa Rywina ani wymienionych przez niego w rozmowie z Michnikiem osób, umożliwiając w ten sposób głównym podejrzanym wszelkiego rodzaju zmowę i matactwa.

Ostatnie pytanie, jakie chciałbym postawić w tej kwestii to: jaki będzie finał tak zwanej afery Rywina?

Moim zdaniem Lew Rywin zostanie uniewinniony a cała sprawa umorzona, gdyż prokuratura, pod naciskiem zamieszanej w tą sprawę ekipy rządzącej, nie dopatrzy się znamion przestępstwa, traktując nagraną przez zespół Gazety Wyborczej rozmowę jako dowód niewystarczający, świadczący jedynie o „niezrównoważeniu psychicznym” głównego bohatera tej historii, a domniemani mocodawcy, uznani za „pomówionych”, oczywiście pozostaną bezkarni. Do podobnych wniosków dojdzie także zdominowana przez SLD Sejmowa Komisja Śledcza.

Za kilka miesięcy okaże się, że żadnej Rywingate nie było i całe zamieszanie wywołał człowiek cierpiący na udar słoneczny, a trwałą pamiątką tego zdarzenia będą jedynie haniebne i szkodliwe warunki, jakie niekompetentny i zaślepiony pędem do Unii Europejskiej rząd wynegocjował dla Polski w Kopenhadze. Kończę cytatem z Laskowika: „jesteśmy u siebie, trzeba się mieć na baczności!”.

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów        http://nowamedia.w.interia.pl