| ||||
|
w tym wydaniu:
|
Marcin Małek ~ POLSKA - ROSJA, ROSJA - POLSKA ~ COMMUNIS OPTIMO Już od jakiegoś czasu nosiłem się z zapalczywym zamiarem napisania podobnego artykułu. Powody były rozmaite, jednak za właściwą przyczynę takiej a nie innej decyzji należy chyba uznać lekturę dwóch publikacji, które w maju i lipcu ukazały się drukiem w rosyjskiej prasie – jedna - w miesięczniku „ Nasz Sovriemiennik” – druga - w „Niezavisimoj Gazietie”. Jeśli chodzi o pierwszą gazetę, to mam tu na myśli 52 stronicową część jeszcze obszerniejszej pracy „Поэзия. Судьба. Россия” autorstwa Stanisława Kuniajewa, pod zagadkowo brzmiącym tytułem „Шляхта и мы”. Odnośnie zaś drugiej publikacji, myślę o artykule Ammana Tulejewa – gubernatora Obwodu Komerowskiego - „КОГДА НАМ ЖДАТЬ ПОКАЯНИЯ?”.Zanim jednak przejdę do sedna sprawy należałoby chyba – tytułem wstępu – napisać, choć słów kilka o tzw. „ communis optimo”, które tak po rosyjskiej jak i po polskiej stronie wciąż rzucają długi cień na ogół mniemań i sądów o sąsiednim kraju oraz narodzie.Byłem w Rosji wiele razy, poznałem ludzi, nauczyłem się języka, zakochałem się w kulturze, urzekły mnie: muzyka, obyczaje i słynna rosyjska gościnność. Zdarłem niejedną parę butów na szlakach od Brześcia po Chabarowsk. I wydawać by się mogło, że nic już nie może mnie zaskoczyć, że zamieszkał we mnie duch „ Matuszki Rosiji”, a razem z nim uniwersalna świadomość jej dzieci. To moje pierwsze wrażenie – ów dziwny błysk -, który na ułamek sekundy rozświetlił szare myśli, wygasły równie prędko jak się rozjarzyły. Przydusiło je - jak mniemam - podświadomie wypychane poza nawias narodowej godności smutne i dotkliwe poczucie doznanych krzywd. I nie chodziło tu o jakieś szczególne krzywdy, których ja osobiście doznałem, rzecz zawierała się w o wiele poważniejszym odczuciu – w rozumieniu i rozliczaniu wspólnej historii. Nagle zrobiło mi się jakoś ciężko na duchu, urosły - wstyd i żal do samego siebie. Jakże ja Polak, mogłem poczuć się duchowo związany z Rosją i jej dziećmi. Jakże mogło mi się wydawać że tak wiele nas łączy, skoro nie chciałem pamiętać o tym co w potoku długich wieków dzieliło nas i wciąż od siebie oddala. Powoli pojawiali się w moich myślach zabójcy Rzeczpospolitej, sprawcy jej nieszczęść, niedoli jej obywateli: Iwan IV Groźny, Piotr I, Katarzyna II, Carowie: Aleksander i Mikołaj, Włodzimierz Lenin, Feliks Dzierżyński, Soso i wielu, wielu innych.Opuściły mnie - ów szczery pozytywny afekt, to mgnienie ciepłych zarazem dobrodusznych spostrzeżeń o ojczyźnie Puszkina, Dostojewskiego, Gogola, Turgiemiewa. W ich miejsce wkradło się poczucie wyższości, że jestem lepszy, że oni jakoś do mnie nie przystają. Ilekroć widywałem Rosjanina objuczonego pasiastmi, plastikowymi torbami, w niepokoju oczekującego odprawy na przejściu granicznym, zrazu przychodziła do mnie pewna paskudna myśl – „ Hanibal ante portas.” I kiedy tylko próbowałem się jej pozbyć, nagle powracały do mnie wspomnienia rozmów z samymi dziećmi „Matuszki Rosiji”. To dziwne ale oni podobnie jak ja, myśleli o sobie, że w czymś do nas – ludzi z Zachodu - nie przystają. Za każdym razem kiedy słuchałem wynurzeń jednej z milionów rosyjskich „słowiańskich dusz” odnosiłem wrażenie że z trudem przychodzi im określanie siebie i swojej ojczyzny w pozytywnych kategoriach. Dostrzegał to już w XVIII wieku Piotr Czadajew, zdaniem którego wykształconym Rosjanom: „Mimo woli przychodzi mówić językiem Europy. Nasza cudzoziemska cywilizacja tak zagnała nas do Europy, że choć nie przyswoiliśmy jej idei, to nie mamy innego języka, prócz tego, którym ona mówi; w ten sposób nie pozostaje nam nic innego, jak posługiwać się nim.” Według Czadajewa „...ani wczorajszy, ani dzisiejszy dzień Rosji, nie zawierały niczego pozytywnego, żadnego światła, żadnego postępu, a jutro też nie obiecywało niczego lepszego. Bo Rosja szła zawsze własnymi drogami, nie uczestniczyła w rozwoju cywilizacyjnym Zachodu, a chrześcijaństwo, przyjęte z Bizancjum, nie umożliwiało ani doskonalenia się, ani rozwoju. Nie zaznała więc Rosja żadnego samodzielnego rozwoju, ni też nie korzystała z cudzych doświadczeń. Wczesne dzieje Rusi to dzikie barbarzyństwo, a potem upokarzające jarzmo, narzucone przez mongolskich najeźdźców.” „Patrząc na nas można by powiedzieć, że nie odnoszą się do nas powszechne prawa ludzkości. Sami w świecie nic mu nie daliśmy... [...] W ciągu całego naszego istnienia nie zrobiliśmy nic dla wspólnego dobra ludzi, żadna pozytywna myśl nie zrodziła się na naszej bezpłodnej ziemi... [...] Gdy cały świat przebudowywał się od podstaw, myśmy nie wznieśli nic nowego, lecz po dawnemu wegetujemy w swoich lepiankach.” Pisał o swoim kraju i rodakach Czadajew.To zupełnie tak jakby Rosjanie nie mogli odnaleźć się w naszym świecie, tak jakby ich świat, ich dziedzina znalazły się poza obszarem naszych oddziaływań. Gubią się w swojej historii, po prostu jej nie znają, być może nie chcą pamiętać, albo – co wydaje się najwłaściwszą oceną – odczuwają przed nią lęk. Taki stan rzeczy powoduje wstyd, sprowadza się do czegoś w rodzaju stanu wiecznego samo upokorzenia – skoro nie znamy własnej historii, skoro jest czymś czego musimy się wstydzić, napiszemy ją od nowa, albo po prostu zafałszujemy, bo tak będzie najłatwiej. Jednocześnie gorzki aż po samo dno swego jestestwa Rosjanin skrywa w swym wnętrzu nieopisaną urazę, żal do reszty świata, że odwróciliśmy się od niego, pozostawiając samemu sobie. Obwinia ludzi z zewnątrz, że ci go nie szanują, że widza w nim gorszą istotę. Dzieci „ Matuszki Rosiji” nie lubią nas – Polaków – bo uważają nas za lepszych, zarzucając nam jednocześnie wyniosłość. W tym właśnie miejscu chciałbym powrócić do – jak wyżej napisałem – sedna sprawy.Podobnie rozumuje wymieniony u wstępu Stanisław Kuniajew, choć nie uważa się za gorszego – co bezsprzecznie go wyróżnia. Pisząc o szlachcie i mówiąc przy tej okazji o genotypach – na swój sposób – wznosi się nawet o poziom wyżej. „szlachecka pycha jest nieśmiertelna... [...] ...rosyjskiemu chłopu czy też robotnikowi nigdy nie przyszłoby do głowy, żeby kłuć w oczy Uzbeka albo Kazacha kulturą Puszkina i Czajkowskiego... [...] ...chociaż z upływem wieków obyczaje łagodnieją, to i tak są podporządkowane genotypowi, który i w czasach feudalnych, i piłsudskich, i w demokratycznych... wylezie jak szydło z worka...” W tekście Kuniajewa pojawiają się też oskarżenia o niewdzięczność i nacjonalizm, a nawet faszyzm. „ ...polska oficerska elita nie miała życzenia wyzwalać Polski w składzie sowieckich wojsk. Do Krasnowodska Polaków wyprawiano pociągami w nowiutkich mundurach uszytych w naszych fabrykach... [...] ...głodny walczący kraj szczodrze zaopatrzył ich na drogę w produkty i umundurowanie, wypłacił żołd czerwonymi trzydziestorublówkami - czegoś takiego nasi oficerowie od dawna nie widzieli na oczy. I jeszcze nic nie wiedzieli o Katyniu, a i tak nas nienawidzili. [...] Polaków-faszystów u nas w niewoli było 62 801, a Włochów 48 967. A jeśli brać pod uwagę prawa wojennej statystyki, to ona powie nam opierając się na liczbie jeńców, że w szeregach Wehrmachtu walczyło przeciwko ZSRR ponad 100 tysięcy Polaków. To poważna liczba, porównywalna z liczbą polskich kawalerzystów marszałka Poniatowskiego, który szedł w składzie armii Napoleona na Moskwę w 1812. To był jakby już czwarty (po 1612, 1812 i 1920) pochód Polaków na nasze ziemie”.W artykule można również natknąć się haniebną próbę uprawomocnienia sowieckiej napaści na Polskę - 17 września 1939 roku. „Tak więc, dawno już wypadałoby Polakom zamilknąć о jakoby dokonanym w 1939 roku czwartym rozbiorze Polski. Przed tym jak 17 września 1939 roku nasze wojska przekroczyły sowiecko-polską granicę, odczytano im rozkaz r 1. Zawierał polityczne zwroty, którymi musieli posługiwać się politrucy i komsomołcy -, о potrzebie udzielenia pomocy“ °robotnikom i chłopom Białorusi i Polski, o politycznym bankructwie posiadaczy ziemskich i kapitalistów" ale na końcu rozkazu były słowa, ukazujące prawdę o naszym pochodzie, jego przyczyny i realne cele: „nie dopuścić do wkroczenia Niemców na terytorium Białorusi Zachodniej”. W swoich oskarżeniach i żalach nie cofa się Pan Kuniajew nawet przed gwałtem na historii, wciąż wytyka nam podłość i wyrachowanie – cechy właściwe zwłaszcza polskiej szlachcie.„ Skisła śmietanka szlachty, która zdezerterowała z Polski jesienią 1939 roku do dalekiej Anglii, zapragnęła w 1944 roku wrócić do władzy w Warszawie, po trupach sowieckich żołnierzy. Mało im było tych kilkuset tysięcy zakopanych już w polskiej ziemi. Taki wariant był według nich możliwy, tylko pod jednym warunkiem: jeśli Churchill postawi Stalinowi ultimatum w sprawie ich powrotu do władzy. Ale Churchill wiedział, że Stalin nie odda Polski w ręce zbankrutowanych londyńczyków...[Jakby nie było, jest to złośliwa i podła aluzja do Powstania Warszawskiego] Ma do nas – Polaków - pretensje o Jedwabne – to jeszcze da się jakoś zrozumieć – ale dlaczego zarzuca nam kłamstwo w sprawie Katynia? „Historia Europy i jej rodzonej córki Polski to historia wiecznie odnawiającego się Holokaustu. [...]Jeśli przyjmować identyczne kryteria obowiązujące wszystkich, to i my za Katyń (jeśli to dzieło naszych rąk) nie mamy powodu skłaniać głowy. Żal było patrzeć na Putina, który przyjechał w połowie stycznia 2002 do Polski. Jak agresywnie i bezczelnie polscy paparazzi szantażowali go skruchą za Katyń... [...] Tak więc jeśli i byli polscy oficerowie rozstrzelani w Katyniu w marcu 1940 roku, to należy dokładnie ustalić, kto to zrobił. Może, nie całkiem dopuścili się tego Rosjanie. Albo w ogóle nie Rosjanie, na przekór przeprosinom Jelcyna i zgadzającego się z nim Kwaśniewskiego… Wtedy i Jedwabne będzie wyglądać, jak polska zemsta za Katyń. Tak, widać więc z jakiego końca może rozplatać się kłębek! I nam Rosjanom nic do tego żydowsko-polskiego kłębka... [..] Efekt Jedwabnego można było przewidzieć. Jedwabne — to niewypowiedziane echo Katynia. W historii jest jakaś mistyka. Z im większym rozgłosem i im jaskrawiej w ostatnich dziesiecioleciach narastała katyńska histeria, tym jawniej odczuwało się, że to dla Polski nie skończy się dobrze. Rozgrzebywanie grobów to w ogóle sprawa ryzykowna. Gazy, wydobywające się z mogił, trują powietrze, historię a zwłaszcza świadomość kopaczy. Otwieranie grobowców może i nigdy nie przyniosło ludzkości nic dobrego. I im mocniej będą truć Polacy swoje dusze wspomnieniami o Katyniu, tym częściej z ciemnego i bezdennego niebytu historii będą wypływać na powierzchnie życia zarysy kolejnego Jedwabnego. A jeśli na sam koniec wyjdzie jednak na jaw tajemnica Katynia? Tak, dzisiaj oficjalna publiczna opinia, poddająca się w ostatnich dziesięcioleciach bezprzykładowej siłowej obróbce, uważa, że Polaków w Smoleńskim lesie rozstrzeliwali nasi enkawudziści. Ale badań na ten temat opublikowano mnóstwo. Wszystkich nie da się po prostu wyliczyć. Są ich dziesiątki, jeśli nie setki. W jednych udowadnia się niemiecko-polską wersję, W innych nie mniej pewną sowiecką. Spór ten ze zmiennym szczęściem toczył się do 1992 roku, do czasu, kiedy ideolodzy i archiwiści nowej, demokratycznej Rosji doszukali się w archiwach trzech dokumentów: “List Berii do Stalina”, „Notatka z protokołu Biura politycznego № 13 z 5.03.1940 r.” i “List Szelepina do Chruszczowa z 3 marca 1954 roku”. 1992 rok był rokiem, kiedy nowa władza postawiła przed swoimi ideologami, historykami, politykami jedno zadanie: spopielić, wytrzeć z ludzkiej pamięci, zburzyć wszystkie zwycięstwa, wszystkie podstawy sowieckiej cywilizacji, skompromitować wszystkie jej działania, zełgać jej całą historię. Próbowano podówczas wbić w publiczną świadomość fanatyczne cyfry (do 60 mln.) represjonowanych i rozstrzelanych za sowieckiej władzy, pojawiały się dziesiątki milionów (aż do 50!) naszych żołnierzy i oficerów, poległych w wojnie z faszyzmem, publikowano absurdalne cyfry finansowego długu naszego kraju wobec zachodu, zaciągniętego jakoby przez komunistyczny reżim itd. Wtedy też odnaleziono dokumenty o Katyniu, które to powinny były postawić kropkę w sporze i dać Jelcynowi podstawę do proszenia Polaków o wybaczenie za “zło wyrządzone przez sowiecki reżim”. W 1995 roku w Moskwie wyszła książka J. Muhina “Katyński kryminał”, w której autor, po przestudiowaniu znalezionych w archiwach dokumentów, w zasadzie przekonująco przedłożył, że, były one, zważywszy na różne cechy, spreparowane już w naszych czasach… Ale żadnej odpowiedzi na konkretne kryminologiczne, tekstologiczne i stylistyczne luki, zmuszające do podejrzeń, że to podróbka, w dokumentach nie odnaleziono... [...] Dokumenty podrobić można. A zwłaszcza w naszych czasach, kiedy historia, wystarczy przypomnieć sobie “Pustynną Burzę”, sierpień 1991 roku albo 11 września 2002, rozwiewa się za sprawą prowokacji na światową skalę, kiedy, według słów Dostojewskiego, “łapią ją kurcze”.Mnie zawsze w sprawie Katyńskiej niepokoiło co innego. Dokumenty można podrobić, ale nie da się zełgać i „przerobić” przyczynowo-wynikowej kanwy przeszłości. Nawet Bogowie, jak mówi rzymskie przysłowie, nie potrafią przeszłości uczynić niebyłą. Polscy oficerowie w Katyniu byli rozstrzelani z niemieckich pistoletów, niemiecką amunicją. To jest fakt, którego nie mogli ukryć ani zełgać nawet Niemcy... [...] Ale po co nasi enkawudziści w marcu 1940 roku włożyli w polskie potylice akurat niemiecką amunicję? Odpowiedź jest jedna: żeby za to przestępstwo winą obciążyć Niemców. Ale w tym celu nasi “tępi oprawcy” powinni byli wciągu 15 miesięcy do rozpoczęcia wojny przewidzieć, że w jej pierwszym etapie będziemy ponosić ciężkie straty, w panice oddamy Smoleńsk, Niemcy będą okupować rejon Katynia i na długo zaprowadza tam swoje rządy, pojawi się wspaniała okazja zrzucić odpowiedzialność za egzekucję właśnie na nich, ale do tego trzeba będzie rozgromić ich pod Moskwą, pod Kurskiem i Stalingradem, przejść do kończącego wszystko kontrnatarcia, doprowadzić do przełomu w losach wojny, wypędzić faszystów z Ziemi Smoleńskiej i, pewności, że nasz genialny plan się ziści, potem odkopać mogiły rozstrzelanych naszymi rękami i Polaków, i ogłosić na cały świat, że w ich potylicach tkwią niemieckie kule! Czyżby ten bezmyślny plan sowieckiego rządu zaczął wchodzić w życie już w marcu 1940 roku? Czyżby Salin i Beria nawet wtedy, kiedy losy wojny w latach 1941 1943 wisiały na włosku historii, Niby greccy bogowie czasów wojny trojańskiej albo wielcy szachiści na światowej planszy, z zimną krwią obliczali i wprowadzali w życie przewidziany na kilka lat do przodu bieg historii?Czyżby roztrzęsienie Stalina w pierwszych dniach wojny, rozkaz № 227, odezwy: “Wielka Rosja, a cofać się nie ma gdzie”, “Za Wołgą ziemia dla nas nie istnieje” — to wbrew wszystkim i wszystkiemu dobrze napisany i rozegrany spektakl, tylko po to, aby ukryć katyńskie przestępstwo, wpuścić społeczność międzynarodową w zełgany niemiecki ślad? Większego absurdu nie da się wymyślić. Jeszcze w innym miejscu redaktor naczelny „Naszego Sovriemiennika” ostrzega przed nami najpierw Rosjan, a potem nas samych. Grozi jakoby nasze skargi i ustawiczne upominanie się o swoje, przynieść nam mogą więcej szkód niż pożytku. „To że Polska, wykręciła się jakoś ze swojego położenia - „na łopatkach”, nie pozwoliła światu wyrugować się ze swojej szlacheckiej mentalności wraz z gorzkim posmakiem europejskiego rasizmu, oznacza, że jeszcze nie raz w przyszłości usłyszymy z ust tej pięknej pani - odnośnie nas samych — “Waregowie” i “azjaci”, i jeszcze nie raz będą nas chcieli zawlec na ołtarz skruchy za wszystkie “cztery rozbiory”, za “Katyń”, za losy „Warszawskiego Powstania”. Ale im głośniej będą krzyczeć Polacy o swoich moralnych i terytorialnych stratach na wschodzie, о konieczności “reparacji i kompensacji” ze strony wschodniego sąsiada, tym szybciej przybliżą swoimi krzykami czas, kiedy Niemcy raz na zawsze odbiorą im śląskie i pruskie ziemie, które Polsce podarował Stalin w 1945 roku, i też zarządzają “ reparacji i kompensacji... [...] Polacy czują, że teraz, kiedy podsumowano już historyczne wyroki Jałty a zaraz przyjdzie kolej na rewizję Poczdamu, mogą pozbyć się prezentu Stalina...” Inaczej do stosunków rosyjsko-polskich odnosi się Amman Tulejew. Owszem występuje jako oskarżyciel, ale są to raczej oskarżenia wysuwane z pozycji ofiary, a nie prokuratora – jak u Kuniajewa. Jest w jego artykule jakiś żal, pretensja – opętańcza potrzeba zaspokojenia poniesionych krzywd -, wszystko jedno jakim sposobem, choćby kosztem prawdy i wszelkiej ludzkiej przyzwoitości. Pytania w rodzaju: czy dokonano zbrodni, kto jej dokonał, w zasadzie nie mają większego znaczenia. Wystarczy bowiem przyjąć pogłoskę za pewnik i dopasować sobie do niej winnego – reszta zrobi się sama, albo ktoś napisze artykuł do poczytnej gazety. I tak się stało, Amman Tulejew nie omieszkał skorzystać z okazji i opublikował co następuje: „W Warszawie – na dniach -, opublikowano materiały ze śledztwa ciągnącego się prawie rok. Z dokumentów wynika, że 10 sierpnia 1941 roku w miasteczku Jedwabne zamordowano kilkuset żydów, dzieła dokonali ich sąsiedzi - Polacy .Pojawienie si ę książki profesora politologii Jana Tomasza Grossa z Nowego Yorku „Sąsiedzi”, w której wykazał on, podpierając się masą dokumentów, że zło dokonane w miasteczku, położonym 150 km na północny-wschód od Warszawy, było dziełem rąk samych tylko Polaków, wywołało w kraju reakcje, bliskie frustracji. Ktoś-tam nie chciał wierzyć: fakty okazały się aż nadto szokujące. Ale władze zareagowały błyskawicznie: prezydent Aleksander Kwaśniewski rok temu publicznie poprosił o wybaczenie „w imieniu swoim i w imieniu tych Polaków, których sumienie poruszyło to przestępstwo”. Skruchę poczyniono publicznie i prędko. Na miejscu zbrodni ustawiono ogromny kamień z wybitym napisem.Historia zwi ązana z przestępstwem w Jedwabne, na ten raz stawia szereg pytań bez odpowiedzi, dotyczących wzajemnych stosunków Polski i Rosji.Jako Rosyjski obywatel, niejednokrotnie porusza łem ten temat w prasie, opisywałem sprawę w dokumentach wysyłanych do najwyższych władz państwowych. Tyle że, tak przedtem jak i teraz mój głos pozostaje bez odzewu. Polska strona wciąż jest głucha na nasze argumenty. Wygląda na to że nasze słowa gubią się gdzieś w pustce. Rzecz idzie o smutną katyńską prawdę. O zamordowanie na terytorium ZSRR kilku tysięcy polskich jeńców wojennych, którzy trafili do naszych obozów po kampanii 1939 roku. Przez długie lata prawda o tym fakcie była ukrywana. Ale, oto 13 kwietnia 1990 roku, w przeddzień wizyty ówczesnego prezydenta Polski Wojciecha Jaruzelskiego w Moskwie, TASS doniosła że, NKWD na rozkaz Stalina dokonało zbrodni katyńskiej. Było to więc oficjalne przyznanie się do winy strony Radzieckiej.W Katyniu, w Piatichatkach pod Charkowem i w Miednoje, gdzie rozstrzelano polskich jeńców, zbudowano pamiątkowe cmentarze, ustawiono pomniki. Podczas oficjalnych ceremonii otwarcia cmentarzy, z rosyjskiej jak i z polskiej strony dało się dostrzec twarze znanych i ważnych oficjeli. Rosja zamknęła mroczny rozdział historii skomplikowanych stosunków z Polską. A Polska, która jak wiadomo mieni się spadkobierczynią Rzeczpospolitej? A przecież Polska również ma za co pokajać się przed Rosją! Sprawa rozbija się o zamęczenie w obozach Piłsudskiego – według niektórych danych – 80 tyś czerwonoarmistów wziętych do niewoli w latach 1919 – 1921. Do tej pory na terenie byłych polskich obozów koncentracyjnych w Tucholi, Strzałkowie i Dębnie nie powstał ani jeden pomnik ku czci czerwonoarmistów zmarłych od głodu, epidemii i nieludzkiego traktowania ze strony strażników. Polska wciąż nie dopuszcza do siebie faktów – śmierci bezbronnych ludzi! Nie widać też aby nasi zachodni sąsiedzi skorzy byli do chrześcijańskiego aktu skruchy. Wydaje mi się że, tragedię czerwonoarmistów, którzy trafili do polskich obozów koncentracyjnych można z powodzeniem i bez żalu przyłożyć do tragedii polskich oficerów z Katynia. Niejednokrotnie wzywałem polskie władze do uznania tego faktu. I niema w tym polityki, jest tylko zrozumiałe dążenie do uznania historycznych prawd. Polacy dostali czego chcieli: Rosja przyznała się do winy, otwarto cmentarze w miejscach kaźni rodaków. A my dosłownie wykreśliliśmy z naszej pamięci dziesiątki tysięcy swoich męczenników. Po prostu nie było w historii tej tragedii, to tak jakby nie było tych ludzi na świecie. Czy doczekamy się na koniec oficjalnego przyznania się Polski do popełnienia zbrodni i uwiecznienia pamięci zamęczonych rodaków? Już dawno ktoś zauważył że, o narodzie i kraju wydaje się sądy po tym jak ten naród i kraj odnosi się do swoich zmarłych. Jeśli dla nas śmierć naszych przodków nie jest tragedią, jeśli my – jak „Iwany”, zapomnimy o naszych korzeniach, to czy możemy szanować samych siebie i liczyć na szacunek świata? ”Jako cz łowiek, jako obywatel wielkiego kraju przyjmuję skruchę Polaków wobec narodu żydowskiego, ale razem z tym, obok tego, czekam takiej że, również w odniesieniu do swojego [narodu – dop. MM], rosyjskiego, składającego się z Rosjan, Ukraińców, Białorusinów, Tatarów, Żydów, Kałmuków i wielu, wielu innych narodowości.”Powracając do tematu „ communis optimo” – powyższe cytaty wydawałoby się tłumaczą wszystko. Aczkolwiek nie do końca. Bowiem ilekroć czytam podobne „paszkwile” każdorazowo napotykam problem trudny do przezwyciężenia – mianowicie - nie potrafię szczerze odpowiedzieć sobie na jedno pytanie: gdzie też rosyjscy publicyści i dziennikarze - „polakożercy” – nauczyli się tak sprawnie operować kłamstwem? Nie wiem. Mogę tylko podejrzewać, że ta miłość do wszelkiego rodzaju łgarstw, pomówień, spiskowych teorii dziejów, wynikają z długiej bo przynajmniej 85 letniej tradycji rosyjsko-sowieckiej propagandy. Zresztą być może są nawet starsze, wystarczy przywołać choćby casus „Pana Nowogrodu Wielkiego”. Pisał o tym cytowany już wyżej Stefan Bratkowski - „Białą zimą w styczniu 1570 roku, czarno ubrani ludzie na czarnych koniach przyszli ćmą wielką pod Nowogród. Na czaprakach mieli wyszyte znaki złowieszcze – miotły i psie głowy, bo oprycznicy przysięgali carowi Rusi dla niego oczyszczać od zdrady i zagryźć każdego, kto mu się sprzeciwi.Opryczyna przyszła z rozkazu cara zabić Wielki Nowogród. Na to car stworzył opryczynę, swoją gwardię ochronną, za to jej płacił pieniędzmi z haraczu od bojarskiej „ziemszczyzny”, ziemiami przesiedlonych bojarów, skonfiskowanymi dobrami ofiar; dlatego oprycznicy pokochali zabijać ludzi i męczyć, pokochali rabować, niszczyć i palić. Kilka tysięcy zbójów bez czci i sumienia, „opricznyj dwor” Iwana IV Groźnego, przez siedem lat siało strach i śmierć po ziemiach Rusi. Ale ze wszystkich mordów i grabieży zasłynął najszerzej mord na Wielkim Nowogrodzie. [...] Iwan Groźny nie miał innego wyjścia jak zabić Nowogród Wielki. Musiał go zabić - w sensie najzupełniej dosłownym. I zabił.” Razem z Nowogrodem zabito i jego wspomnienie, przez lata, przez wieki całe wycierano z rosyjskiej świadomości pamięć o tym, co zdarzyło się „ Białą zimą w styczniu 1570 roku”. Było to więc – jakby nie ujmować tej historii – pierwsze wielkie kłamstwo, pierwsza straszliwa mistyfikacja osłonięta skrzydłem „Matuszki Rosiji” . I od tego biorą się właśnie moje podejrzenia. Ale po kolei.Iwan Groźny wziął do siebie lekcje dziada Iwana III – Srogiego. Ów w 1478 roku raz już pobił Nowogrodzian, ale miasta nie zniszczył, przesiedlił natomiast jego rdzennych mieszkańców na swoje ziemie – Niż, a w ich miejsce sprowadził – tak mu się wówczas wydawało – ujarzmionych, posłusznych Niżowców. A jednak, coś było w Nowogrodzie, jakaś magia, która kazała raz osiadłym tam ludziom pokochać to miejsce i żyć jakby było ich domem od wieków, od świtu istnienia. I zemściła się historia na Iwanie Srogim, który chciał podeptać dumę Nowogrodu – siłą wetknięci w nowogródzką glebę „ jego” Niżowcy zapuścili w niej korzenie i z upływem niespełna jednego wieku przepoczwarzyli się, przybrali pozę, odziedziczyli „nieznośny charakter” swoich poprzedników – rdzennych Nowogrodzian. Iwan IV Groźny nie miał zamiaru powtarzać błędu przodka i tego nie zrobił, „Pan Nowogród Wielki” utonął we krwi. Tyle że sama krew nie mogła być wystarczająco wysoką zapłatą za „wielkie przewiny”, należało jeszcze wykorzenić pamięć o zbuntowanej republice by nie truła swoim przykładem następnych pokoleń. Tak też, karczowano pamięć Rosjan, jak i gdzie tylko się dało, nie ostał się nawet zwołujący Nowogrodzian „dzwon wiecowy” - Iwan Srogi uprowadził go do Moskwy. Przetopiono go potem i odlano zeń inny i zawieszono w sercu stolicy – na wieczną przestrogę przed nieposłuszeństwem. Miał to być dzwon alarmowy, obwieszczający nieszczęście, i podobnie też go przezwano – „wzbudzającym trwogę”. „Carowie przekazywali sobie najwyraźniej urazę do tego dzwonu z pokolenia na pokolenie – dwieście lat później, w roku 1681, car Fiodor Aleksiejewicz obudził się kiedyś nocą zlany potem i zdało mu się, że dzwon alarmowy sam bije, co wedle moskiewskiego miejskiego przesądu wieściło największe nieszczęścia. Zwołał rano car swoich doradców i wspólnie postanowili dzwon – zesłać. Zesłać daleko, jak najdalej, hen, na północ, do fińskiej Karelii, w lasy i bagna, byle dźwięk jego nigdy już nie dotarł do Moskwy.”Ta zbrodnia, to kłamstwo kładą się długim cieniem na całej historii Rosji, nikt nie pamięta już dzisiaj tragicznych dziejów dumnego Nowogrodu, a jeśli są jeszcze gdzieś tacy, w pamięci których uchowała się prawda, to nie chcą się do niej przyznać. Dlaczego? Bo „ Pan Nowogród Wielki” był pierwszym i ostatnim zarazem wspomnieniem rosyjskiej demokracji – zamordowanej przez Iwana IV Groźnego, sukcesywnie wypalanej z pamięci dzieci „Matuszki Rosiji” przez jego następców – od Fedora aż po Władimira Putina. Ludzie po prostu boją się kłuć w oczy swoich suwerenów tym „niefortunnym” epizodem z historii Rosji. Był więc Nowogród osobliwym wyjątkiem, takim do którego nikt z późniejszych władców Rusi nie potrzebował i nie chciał powracać. „Matuszka Rosija” wyrzekła się demokracji, i choć ta chce do niej powrócić, odpuścić dawne przewiny, słowem garnie się w jej ramiona jak do ukochanej matki – to Rosja wciąż się jej obawia, albo po prostu jeszcze nie dorosła do macierzyństwa.Nauka Iwana Srogiego nie poszła w las, można by rzec o nim, że był człowiekiem protoradzieckim, bowiem z jego doświadczeń korzystał Iwan Groźny, a dalej przez tego drugiego naukę przyswajali kolejni władcy Rusi, zaś, już bezpośrednio od nich przejęli owo zamiłowanie do wszelkiej nieprawdy wyżej wymienieni publicyści i dziennikarze – „ polakożercy”.Jeśli chodzi o kłamstwa, a właściwie cały ich potok, w cytowanych artykułach domorosłych historyków - Panów Kuniajewa i Tulejewa, to myślę że w zasadzie nie trzeba tu żadnych sprostowań – historia potrafi obronić się sama. Jednak w odniesieniu do łajdackiej próby uprawomocnienia sowieckiej napaści na nasz kraj we wrześniu 1939 roku, chciałbym mimo to odwołać się do dwóch, a w zasadzie trzech dokumentów: „ Tajny protokół dodatkowy do paktu Ribbentrop-Mołotow - 23 VIII 1939 r.”, „Nota ministra spraw zagranicznych Wiaczesława Mołotowa do ambasadora RP w Moskwie Wacława Grzybowskiego - 17 IX 1939 r.” i „Odpowiedź ambasadora Wacława Grzybowskiego na notę ministra spraw zagranicznych Wiaczesława Mołotowa, Moskwa 17 IX 1939 r.”.Ł DODATKOWY z 23 VIII 1939 „Przy okazji podpisania Paktu o Nieagresji pomiędzy Rzeszą Niemiecką i Związkiem Socjalistycznych Republik Rad, podpisani pełnomocnicy obu stron przedyskutowali w najściślej tajnych rozmowach sprawę granicy ich obopólnych stref interesów w Europie Wschodniej. Rozmowy te doprowadziły do następujących wniosków: 1. W wypadku nastąpienia terytorialnych lub politycznych zmian na terenach należących do państw bałtyckich (Finlandia, Estonia, Łotwa i Litwa) północna granica Litwy stanowić2. będzie granicę pomiędzy strefami interesów Niemiec i ZSSR. W związku z tym obie strony uznają interesy Litwy w rejonie Wilna. 3. W razie zmian terytorialnych i politycznych na obszarach należących do państwa polskiego, strefy interesów Niemiec i ZSSR będą rozgraniczone mniej więcej wzdłuż linii rzek Narwi, Wisły i Sanu. Zagadnienie, czy interesy obu stron czynią pożądanym utrzymanie odrębnego państwa polskiego i jakie mają być4. granice tego państwa, może być5. ostatecznie rozstrzygnięte dopiero w toku wydarzeń politycznych. W każdym razie oba rządy rozważą tę sprawę w drodze przyjaznego porozumienia. 6. Jeżeli idzie o Europę południowo-wschodnią to strona radziecka podkreśla swoje zainteresowanie Besarabią. Ze strony niemieckiej stwierdza się zupełne desinterressement odnośnie tego terytorium.
Nota ministra spraw zagranicznych Wiaczesława Mołotowa do ambasadora RP w Moskwie Wacława Grzybowskiego z 17 IX 1939 r. „Wojna niemiecko - polska ujawniła wewnętrzne bankructwo państwa polskiego. W ciągu dziesięciu dni operacji wojskowych Polska straciła wszystkie swoje okręgi przemysłowe i ośrodki kulturalne. Warszawa, jako stolica Polski, już nie istnieje. Rząd polski uległ rozkładowi i nie okazuje przejawów życia. Oznacza to, że państwo polskie i jego rząd przestały faktycznie istnieć. Dlatego te ż straciły ważność traktaty, zawarte pomiędzy ZSRR a Polską. Pozostawiona własnemu losowi i pozbawiona kierownictwa Polska stała się łatwym polem wszelkiego rodzaju niebezpiecznych i niespodziewanych akcji, mogących stać się groźbą dla ZSRR. Dlatego rząd radziecki, który zachowywał dotychczas neutralność, nie może w obliczu tych faktów zajmować nadal neutralnego stanowiska.Rząd radziecki nie może również pozostać obojętny na fakt, że zamieszkująca terytorium Polski pokrewna ludność ukraińskiego i białoruskiego pochodzenia jest bezbronna i została pozostawiona własnemu losowi. Rząd radziecki polecił wobec powyższych okoliczności Naczelnemu Dowództwu Armii Czerwonej, aby nakazało wojskom przekroczyć granicę i wziąć pod swoją opiekę życie i mienie ludności Zachodnie Ukrainy i Zachodniej Białorusi. Rząd radziecki zamierza równocześnie podjąć wszelkie środki mające na celu uwolnienie narodu polskiego od niszczącej wojny, w którą wepchnęli go nierozsądni przywódcy, i umożliwienie mu życia w pokoju.” Odpowiedź ambasadora Wacława Grzybowskiego na notę Mołotowa, Moskwa 17 IX 1939 r. „Żaden z argumentów użytych w nocie dla usprawiedliwienia uczynienia z układów polsko - radzieckich świstków papieru nie wytrzymuje krytyki. Według moich wiadomości głowa państwa i rząd przebywają na terytorium Polski. Suwerenność państwa istnieje, dopóki żołnierze armii regularnej walczą. To, co nota mówi o sytuacji mniejszości narodowych, jest nonsensem. Wielokrotnie w naszych rozmowach mówił pan o solidarności słowiańskiej. Gdzie się podziała wasza solidarność słowiańska? W czasie I wojny światowej terytoria Serbii i Belgii były okupowane, ale nikomu nie przyszło na myśl uważać z tego powodu zobowiązań wobec nich za nieważne. Napoleon wszedł do Moskwy, ale póki istniała armia Kutuzowa uważano, że Rosja również istnieje. Warszawa się broni, państwo polskie istnieje. „ Z powyższych dokumentów jasno wynika czym dla Pana Kuniajewa jest prawda „ukazująca przyczyny i realne cele naszego [sowieckiego] pochodu [na Polskę 17.IX.1939 r.]” I jakoś mnie to nie dziwi – bo przypominam sobie podobne „prawdy”: na temat katastrofy w Czernobylu, zatonięcia atomowego okrętu podwodnego „Kursk”, wojny w Czeczenii, bombardowań Pankijskiego wąwozu, czy wreszcie, „spektakularnej” akcji odbicia zakładników z moskiewskiego teatru na Dubrowce. I teraz kiedy powracam do tych „niby prawd”, wiem już... Nie będę więcej myślał o dzieciach „ Matuszki Rosiji” jak o gorszych ludziach – to było głupie i należy się tego wstydzić. Szowinizm, czy jak by tego zjawiska nie nazwać: etnocentryzm, nacjonalizm itd., w najlepszym razie czynią z nas istoty które tylko z nazwania mienią się ludźmi. Pod ich wpływem przemieniamy się w stwory dla których słowa: prawda, sumienie, historia są tylko pusto brzmiącymi frazesami. A przecież to właśnie w ich sensie zawiera się również sens naszego istnienia. Bo musimy pamiętać, że są one wspólnym dobrem i nie należą do mnie ani do Panów Kuniajewa czy Tulejewa, każdego dnia rodzą się ich cząstki, każdy z nas wnosi do świata ich maleńki fragment – przecie gdyby nie było mnie, Panów Kuniajewa, Tulejewa, szacownych czytelników tego artykułu, nie byłoby również naszych historii, naszych uczuć, prawdy o naszym istnieniu. Dopóki jesteśmy i trwamy, trawa nasza historia, tyle że, jeśli zaczniemy ją przeinaczać znikniemy z jej kart szybciej niż się tego spodziewamy – a kiedy nas zabraknie kto odróżni prawdę od fałszu, kto wyda świadectwo? Kto będzie pamiętał że kiedyś byliśmy, że trwaliśmy na tym świecie – skoro wszystko okaże się oszustwem?Przypisy: 1. Poezja. Los. Rosja2 Szlachta i my3 Kiedy doczekamy się skruchy4 Powszechne opinie5 Piotr Czadajew - (1794 -1856), rosyjski filozof, oficer gwardii, przyjaciel Dekabrystów i publicysta; skrajny okcydentalista idealizujący katolickie średniowiecze; w 1836 opublikował jeden z ośmiu listów filozoficznych (o Rosji), który wywołał głośny skandal, interwencję cara, zakaz druku i uznanie Czadajewa za obłąkanego; Czadajew uważał Rosję za kraj pozbawiony idei moralnej, upośledzony przez brak historii (tradycji), co zarazem uznawał za jej szansę w budowaniu racjonalnej przyszłości; Listy filozoficzne (pisane w języku franc. 1829-31, wyd. 1862 w Paryżu, wyd. ros. niepełne 1906, 1935; w Polsce ogłoszono jeden list w: A. Walicki Rosyjska myśl filozoficzna i społeczna 1825, 1861, 1961), Apologia obłąkanego (oryginał w języku franc., powstał 1837, wyd. 1862 w Paryżu, wyd. ros. 1906, wyd. pol. fragmentów w Rosyjska myśl...).6 Cytat pochodzi z wykładu Profesora Marka Styczyńskiego "Sowietologia Fryburska" - Uniwersytet Łódzki.7 Stefan Bratkowski, „Pan Nowogród Wielki”, wyd. Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 19998 Za, Bazylow Ludwik, „Historia Rosji”. Wydanie trzecie uzupełnione. Zakład Narodowy im. Ossolińskich - Wydawnictwo, Wrocław 1985.9 Urodzony w 1932 r. w Kałudze. Rosyjski Poeta i publicysta. Od roku 1989 redaktor naczelny społeczno-literackiego miesięcznika „Nasz Sovriemiennik”.10 Stefan Bratkowski, „Pan Nowogród Wielki”, wyd...11 W 1136 roku republika miejska Wielkiego Nowogrodu przybrała tytuł „Pan Nowogród Wielki” – „Gospodin Wielikij Nowgorod”.12 Stefan Bratkowski, „Pan Nowogród Wielki”, wyd...13 „Pan Nowogród Wielki” był jakby wszystkim co zawiera się w znaczeniu słowa demokracja. Sam uczynił siebie „panem”, dla siebie, obywał się bez władcy. W odczuciu Iwana Groźnego było to niewybaczalne przestępstwo. Tak pisał do Kurbskiego – na kilka lat przed zniszczeniem Nowogrodu: „Biada domowi, którym to domem białogłowa rządzi; biada grodowi, którym to grodem wielu rządzi.”14 Po Iwanie Groźnym pozostało dwóch synów, którzy obaj zresztą byli niespełna rozumu: nowym carem został starszy Fedor, ale w zasadzie państwem i carem rządził Nikita Romanow, rodzony wuj Fedora; ten rozchorował się niebawem po koronacji (odprawionej uroczyście 31 maja 1584 r.), i w dwa lata zmarł, robiąc miejsce nowemu rodowi możnowładztwa „przyżenionego”, a mianowicie pochodzącemu z murzów tatarskich Borysowi Fedorowiczowi Godunowowi, którego siostrę miał car za żonę.Dopiski:
| |||