| ||||
|
w tym wydaniu:
|
Andrzej Dudziński Kto zamordował ks. Zycha? W nocy z 10 na 11 lipca 1989 roku dwie koleżanki udające się ze znajomym na kwaterę przy ul. Świerczewskiego w Krynicy Morskiej, ok. godziny 2.00 zobaczyły przed dworcem PKS samotnego, pijanego mężczyznę. Chwile później młodzi turyści zauważyli przy bocznej (niewidocznej od głównej ulicy) ścianie budynku dworca PKS nieruchome ciało, ni to siedzącego, ni to leżącego mężczyzny w wieku ok. 40 lat. Wyglądał tak, jakby osunął się wzdłuż ściany na betonowy chodnik. Lewą rękę miał uniesioną do góry i opartą na występie muru. Żadnych obrażeń zewnętrznych w postaci siniaków, zadrapań, otarć lub zabrudzeń krwią nie było. Na ustach miał pianę. Wezwano pogotowie, ale lekarce, mimo podjętej akcji reanimacyjnej, nie udało się uratować pacjenta. Okazało się, że zmarłym był ksiądz Sylwester Zych, kapłan skazany na 6 lat wiezienia za działalność antypaństwową w stanie wojennym. Żył zaledwie 39 lat. Na początku 1992 roku zarzucono mu, iż chronił osoby, które zastrzeliły w autobusie milicjanta, Zdzisława Karosa, podczas próby odebrania mu broni służbowej. W 1983 roku odbył się tendencyjny proces ks. Sylwestra Zycha, który - jak twierdzą obserwatorzy - był elementem walki grupy generałów z WRON z Kościołem Katolickim. Jako skazany przebywał w najcięższych więzieniach w Polsce. Traktowano go jako zbrodniarza. On sam zaś czuł się tam jak zaszczute zwierze. Po wyjściu na wolność, przez cały czas był inwigilowany przez Służbę Bezpieczeństwa. Niejednokrotnie otrzymywał również pogróżki, anonimowe listy i telefony. Nie czuł się bezpiecznie. Bezustannie żył w poczuciu zagrożenia. Aż do dnia śmierci. Po zidentyfikowaniu zwłok znalezionych w Krynicy rozpoczęto śledztwo w celu wyjaśnienia okoliczności związanych ze śmiercią kapłana. Od początku było sterowanie odgórnie i zmierzało w kierunku zdyskredytowania postaci kapłana w oczach opinii publicznej. Ni mniej, ni więcej - z księdza Zycha próbowano uczynić pijaka i utracjusza. W toku dochodzenia, prowadzący je zastępca prokuratora rejonowego w Elblągu, Wojciech Mazurek, popełnił cały szereg nieodwracalnych błędów, jak choćby odłożenie w czasie sekcji zwłok, czy identyfikacja zmarłego przez świadków na podstawie zdjęć i filmu, a nie na podstawie ciała. Wszystko to nasunęło wniosek, iż śledztwo prowadzone jest tendencyjnie i - podobnie jak w kilku innych przypadkach tego typu - nie doprowadzi do wyjaśnienia i pociągnięcia sprawcy do odpowiedzialności. A pytania mnożyły się. Z biegiem czasu niejasności pojawiało się coraz więcej. W jaki sposób chory na astmę, serce i nerki zdołał wypić ponad litr wódki? To przekraczało możliwości organizmu, który powinien zacząć się bronić już po przyjęciu znacznie mniejszej dawki alkoholu. Ale jeśli nawet ks. Zych zdołałby się uporać z taka ilością drinków, to w jaki sposób w niecałą godzinę po wyjściu z lokalu byłby już całkowicie zimny? Tamta noc była wyjątkowo upalna. Temperatura dochodziła nawet do 27 stopni C. Jak wiadomo ciało zmarłego stygnie 1 stopień na godzinę. A może w "Riwierze" był tylko ktoś podobny do zmarłego kapłana? Prokurator Mazurek posiłkując się opinią prof. dr. hab. Stefana Raszeji z Akademii Medycznej w Gdańsku próbował wmówić dziennikarzom, że lekarka tylko odniosła wrażenie, że skóra była chłodna i było to wrażenie subiektywne. Co zaś do temperatury powietrza, to wątpił, czy w tamtejszym klimacie jest ona możliwa, ale obiecał, że w najbliższym czasie zwróci się o sprawdzenie tych faktów do jednej z placówek meteorologicznych. Na próżno. Obietnicy nie dotrzymał. Od Leszka Moczulskiego, szefa KPN, zapalonego żeglarza, z którym ksiądz Zych często rozmawiał podczas pobytu w jednej celi w warszawskim wiezieniu przy ul. Rakowieckiej - wiedział on, jakie są możliwości, warunki i koszty żeglowania. Ks. Zych nie posiadał żadnych uprawnień, nie umiał nawet pływać. Znajomi twierdza, ze nie lubił specjalnie wody. Skąd wiec wzięła się w nim uporczywa myśl o wynajęciu jachtu na kilka dni? Co zadecydowało, że niezbyt zamożny i oszczędny kapłan zaczął nagle w dyskotece fundować alkohol, w wielkich ilościach, i chciał nawet porwać się na wyasygnowanie olbrzymiej kwoty za wynajęcie jachtu? A może takie zachowanie było tylko sposobem zwrócenia na siebie uwagi barmanów? Czyżby wiec ktoś w dyskotece udawał, że jest ks. Zychem? Oprócz pytań szczegółowych pozostaje jeszcze wciąż niewyjaśnione to najważniejsze - co ks. Zych robił po przyjeździe do Fromborka? Do dziś nikt tego nie ujawnił. Licznie podnoszone krytyczne uwagi o brakach i błędach, jakie popełniono w toku śledztwa w sprawie śmierci ks. Sylwestra Zycha, odniosły pożądany skutek. Po chwilowym przestoju, w połowie września 1989 r. rozpoczął się jakby drugi, nowy etap dochodzenia. Niezależnie od tego Prokuratura Rejonowa ustaliła nowy scenariusz śledztwa. Wstęp stanowiły dotychczasowe ustalenia. Zgodnie z nimi prokurator przyjął za możliwe trzy wersje gwałtownego zgonu ks. S. Zycha. Pierwsza zakładała, że zgon nastąpił z przyczyn naturalnych (np. niewydolność serca), druga, że mógł on nastąpić wskutek działania osób trzecich (np. zabójstwa), a trzecia, że nastąpił on na skutek zatrucia alkoholem. Powracano też do pytań, na które odpowiedzi nie zdołano dotychczas ustalić, a więc - co robił, z kim się spotykał i z kim przebywał ks. S. Zych w dniu 10 lipca 1989 r. w godz. od 10.00 do 22.00? Kim był mężczyzna towarzyszący jakoby księdzu w barze "Riwiera"? Co się stało z dokumentami, pieniędzmi i torbą ks. Zycha? To i wiele innych pytań pozostało do dziś bez odpowiedzi. Śledztwo, pomimo pozorów, wciąż tkwi w martwym punkcie. W późniejszym okresie zgłosiło się kilku świadków, którzy jednak nie wnieśli do sprawy nic nowego. Nie mając dostępu do akt operacyjnych SB, trudno ocenić, na ile były to działania inspirowane przez te służby dla zaciemnienia obrazu śledztwa, a na ile pożywka dla gawiedzi. Większość zadanych w śledztwie pytań pozostało bez odpowiedzi do dziś. Andrzej Dudziński: „Zapić księdza”, Oficyna Wydawnicza Graffiti, Chicago 1996 | |||