| ||||
|
w tym
wydaniu:
David M. Dastych: Zbyszek Koreywo: Marcin Małek: Artur Zawisza: |
Marcin Małek Polska Arkadia Studiując dzieje naszego państwa, porównując
historię odległą i tą, nam współczesnym bliższą, trudno uchylić
się od postawienia kilku, choćby ogólnych pytań. To są trudne pytania, zdawałoby się - nikt nie
potrafi udzielić nam na nie odpowiedzi. Ale czy nie jest aby tak, że
odpowiedź tkwi w nas samych - w naszych uczynkach, w stosunku do kraju w
którym żyli nasi dziadowie, ojcowie i w którym my "chyłkiem, jak
złodzieje" przemykamy się przez uliczki szarej rzeczywistości. Dzień dzisiejszy, rodzące się jutro i przeszłość, z której nikt nie wyczytał gorzkiego przesłania, emanują tym tragizmem chwili. Wołają o sprawiedliwy osąd tyle, że to wołanie jest jakby echem z zapomnianych obszarów narodowej świadomości. Świadomości, która choć wciąż obecna w naszym życiu, ustępuje dziś pola ekonomicznej, a ściślej „walutowej” przytomności. Polska racja stanu stała się zakładniczką politycznych i partyjnych roszad, z cynizmem określanych jako "stan wyższej konieczności". Nasz patriotyzm ogranicza się do "wyryczenia" narodowego hymnu na trzeciorzędnym meczu piłkarskim, do pomalowania zgnuśniałych oblicz w narodowe barwy, wreszcie do sygnału w telefonie komórkowym - wybijającym leniwie dzwonki w rytm "Mazurka Dąbrowskiego". Nie to jednak jest problemem współczesnych Polaków - narodowa tożsamość, ojczyźniana świadomość: te, od samego początku piastowskich dziejów potrafiły same skutecznie się obronić. Ich tarczą byli i wciąż jeszcze są zwykli ludzie - tacy, którym na widok białego orzełka, na dźwięk pierwszych nut mazurka kreci się łza w oku, przenika jakiś niewyczuwalny w powszednim dniu dreszcz, promieniujący od serca i dalej biegnący po całym ciele. Ci ludzie wydają na świat potomstwo, z którego wyrosną nowe, lepsze pokolenia, być może ofiarują nam nowego Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Jerzego Waldorffa, Czesława Miłosza, nową Wisławę Szymborską? Puklerzem naszej ojczyzny jesteśmy my - stare i nowe
pokolenia. Wciąż potrafimy osłonić naszą matkę przed jazgotliwym
sygnałem z telefonu komórkowego, przed wulgarnymi okrzykami kibiców.
Tyle, że to nie wystarczy. Jest bowiem słaba, schorowana, tak długo
karmiła nas własnym kosztem, wbrew zdrowemu rozsądkowi, a teraz
potrzebuje naszej opieki. Musimy zaplanować jej jutro, nie radzi już
sobie z codziennością, wytyczmy wiec dla niej bezpieczne ścieżki, i
nie tylko na dzień, tydzień, rok. Zmorą Polaków jest brak zdecydowania. Cała bieda wynika stąd, że nie wypracowaliśmy, nie umieliśmy stworzyć tradycji długoterminowego planowania - bez niej jesteśmy jako ten ślepiec, który całkiem przypadkowo znalazł się na krawędzi dachu, w dodatku zgubił gdzieś laskę, a pies przewodnik dawno go opuścił, bo nie był należycie traktowany. Nasza ślepota, a raczej zapatrzenie w siebie - w
obmierzłą powszedniość, w jednostkową potrzebę chwili, w drobinkę
ofiarowanego nam czasu - wszak tylko pyłku, ziarenka - które z każdą
klęską wciąż rośnie i rośnie podsycając ogień, gdzie wrze polska
zapalczywość, gdzie unosi się opar niezdrowego zapamiętania, gdzie
ziarno urosło do rozmiarów meteorytu, planetoidy - osiągnęło wielkość,
której już nie umiemy ogarnąć przyrodzoną krótkowzrocznością -
wszystko to razem, ujęte w jedno mieni się jako utrapienie ślepego
Polaka, trwożna myśl, z której coraz śmielej wyziera nasza anty
Arkadia! Zabawne jest to zestawienie ale jakże prawdziwe, co gorsza, brzemienne w tragiczne skutki, jako że nie da się pogodzić ostrożności z potrzebą ułamka chwili, ze śmiertelną koniecznością uwięzłą we własnym tragizmie. Jakże można spleść ostrożność z iskrą dziejowej potrzeby? Kto w ogóle wpadł na ten „szatański pomysł? Dlaczego wciąż powołujemy się na te „nadprzyrodzone zjawiska”? Przecież już słowo „chwila” jest zaprzeczeniem uporu i konsekwencji z jakimi wciąż je powtarzamy. Otóż oba te pojęcia są jakoby dyżurnym lekarstwem na wszystkie bolączki Polaków. Stały się czymś w rodzaju zatęchłej kurtyny, którą z rozmysłem zasłaniają nam obraz nie do zniesienia - pejzaż prawdziwej Polski. Powtarzają je do znudzenia, z uporem szaleńca zatraconego w pułapce własnych niedorzecznych myśli. I co ciekawe, znamienne zarazem - grzmią owe słowa z sejmowych trybun, z głośników telewizorów, z radioodbiorników, kwitną wytłuszczoną czcionką w gazetowych tytułach zawsze wtedy, gdy wspomniane tragizm chwili oraz dziejowa potrzeba dogasają wypalone we własnym ogniu. Cóż, nic to, widać pozostaje nam jeno głupawa ostrożność, w dodatku taka do której jeszcze nie dojrzeliśmy. Jak na to wszystko patrzy Zjednoczona Europa? Czy widząc nas, którzy zamiatamy własne bolączki pod dywan opacznie pojmowanej poprawności politycznej, tylko po to by rychło, w panicznej trwodze, gorączkowo wymieść je na powrót i ochrzcić dobrze znanym imieniem, czy obserwując to wszystko, przypadkiem nie uśmiecha się ironicznie i w duchu nie kpi z wiecznie zagubionych i skłóconych Polaków? Europa potrzebuje dziś „nowej Polski” - jednej, mocnej, powiem - nawet drapieżnej, lecz z pewnością nie głupio ostrożnej! Cóż nam po gołosłownych deklaracjach, jeśli kryją się za nimi tylko kpina i politowanie? Na co dziś zda się Polsce demagogia rodzimych eurosceptyków, pełna szowinizmu, zaściankowości, małostkowości, prowincjonalizmu, schizofrenicznej obawy? Na cóż położyć cień narodowej dumy, znamienitego poczucia wyższości Polaków, jeśli Europa zdewaluuje to wszystko w jednej chwili, jednym mało znaczącym gestem - zamknie trzosik. Do kogo jutro wyciągniemy rękę po wsparcie jeśli już dziś plujemy w twarz tym którzy zechcieli udzielić nam pomocy, choć trzeba przyznać iż rzeczona pomoc nie jest, nie może być całkowicie bezinteresowna, przecie przeczyłoby to europejskiemu pragmatyzmowi. To co dzieje się dziś, co przynosi nam jutro, jest, a właściwie może okazać się wilczym biletem dla Polski, i o ironio! Wypisanym polską ręką! Bezpardonowe walki, zajadła wrogość kół i frakcji politycznych, nieoczekiwane rezygnacje ministrów, domniemany konflikt Prezydenta i Premiera, Rada Polityki Pieniężnej osiadła na wałach procentowych szańców, które z zapalczywością i niespotykanym uporem szturmuje rząd, przedwyborcza kantata rządowych i opozycyjnych środowisk, „leki za złotówkę”, rozciągliwy deficyt budżetowy, strajki, blokady, akcje protestacyjne, przepastna czeluść bezrobocia, korupcja, afery gospodarcze, bezładna prywatyzacja, „dziadowska” parodia nazwana rewaloryzacją emerytur i rent, spektakularne aresztowania, zagadkowe samobójstwa, a obok tego wszystkiego reformy: służby zdrowia, szkolnictwa, służb specjalnych i zwolnienia oficerów byłego UOP, niepojęta buta polskich negocjatorów w kluczowym momencie rokowań z Unią Europejską, a wreszcie tak modne dziś pojęcie: „Lepperiada”. Ogromne, sromotne klęski i to co skrzy się w zmatowiałej
źrenicy przeciętnego Polaka - owa „barwna mozaika”, ów
„łańcuszek przyjaciół” - owa upiorna „Summa
Polonica” są smutną fotografią rejestrującą polską powszedniość.
Trudno nam się do tego przyznać, musimy podeprzeć się naszą
„quasi religią” - niedojrzałą ostrożnością. Ostrożnością,
która pojawia się w najmniej odpowiednim momencie. Właśnie dziś,
teraz! Kiedy stoimy w obliczu tragizmu chwili, patrzymy w oczy dziejowej
potrzebie? Czemuż to Polak osłonięty pawężą narodowej dumy
wstydzi się zajrzeć w odbicie własnych oczu w domowym lustrze? Jakże
to możliwe, że zdawałoby się wiecznie podniesione czoło - choćby w
obliczu najmocniejszego wroga, choćby na krawędzi najsroższej z klęsk
- pochyla się w domowym zaciszu, opada pod naporem niepojętej niemocy? A
może, męczą nas zmory niedokończonych, nie doprowadzonych do kresu
spraw - tych maleńkich i tych wielkich - ojczyźnianych i domowych, może
nasz puklerz, choć nie przenikalny dla wrogów, nie chroni nas przed nami
samymi? Ów wspomniany tragizm chwili, owa chwilowa potrzeba, choćby i umościć w nich zbójeckie leża, stanowią jak dotąd jedyną alternatywę dla nieudolnych prób wskrzeszenia „Arkadyjskiej Utopii”, o której wciąż śnimy. Tragizm i ta dziwna potrzeba są i były dramatem wszystkich bez mała pokoleń Polaków - sięgając pierwszych Piastów i na dniu obecnym kończąc, zacisnęły nas w „żelaznym uścisku historii” i z chwilowych doznań przeobraziły się przy naszej pomocy w narkotyczny głód, łaknienie, które ze zwykłego człowieka czyni bestię! Zamiast liczyć pieniądze, głosy potrzebne do uzyskania większości, zamiast licytować narodowy majątek - nie ten rzeczywisty - mam tu raczej na myśli "zbiorowe, powszechne" sumienie - poświęćmy choć dziesięć minut ze "zbyt krótkiego" dnia na drobną refleksję: czego pragnę od swojej ojczyzny, co mogę ofiarować jej w zamian, czy nasze rachunki są - choćby wyrównane? Naszym obowiązkiem jest dbać o tę, która jest naszą żywicielką, która ofiarowała nam schronienie i życzliwość rodzonej matki. Wydawało by się nic trudniejszego. Hoduję jednak w głębi serca smutną wiedze; że zapomnieliśmy o swoich powinnościach w stosunku do niej. Zamknęliśmy ją w pułapce niepamięci, zgubiliśmy jej obraz w biegu za "lepszym" jutrem - my szarzy ludzie i władza, której powierzyliśmy jej dzień następny - wysługujemy się nią - jakby była ostatnim "potyrczem". Dzisiejsza oligarchia i ludowe masy nie pamiętają, albo też nigdy nie nauczono ich starych rzymskich mądrości, nie pojmują że krzywdząc siebie nawzajem, krzywdzą ojczyznę - cóż, więc sami wymierzamy sobie razy, gną nam się kolana od tych uderzeń, nie wiemy już, w którą stronę odwrócić zbolałą głowę, wciąż tylko kołacze się nam w niej jakaś dziwna, stara zapomniana myśl: "Nefast est nocere patrie; ergo civi quoque, nambic pars patrie est". Wymieńmy potrzebę chwili, jej tragizm na słuszniejszą, godniejszą: potrzebę półwiecza, stulecia. Zapiszmy pierwszy rozdział "Arkadyjskiej przyszłości Polski" Zamknijmy za sobą niedokończoną księgę męczeństwa i historycznej grozy. Stwórzmy wspólnie cykl opowiadań o szczęśliwym kraju, niech każda strofa wyjdzie spod innego pióra, spod 38 milionów piór. Uśmiechnijmy się do swojego odbicia w lustrze, niech ten uśmiech będzie uśmiechem naszej ojczyzny, naszych elit, niech na zawsze zapamiętają go nasze dzieci. Niechże, nie okażą się prawdą słowa Jana Nowaka-Jeziorańkiego: "Polska przede wszystkim powinna strzec się Polaków". Niech Pan JN-J uśmiechnie się w duchu do siebie, niech widzi szczęśliwym kraj do którego powraca po wielu latach, bodajby nie witali go współcześni „Radziwiłowie” - rodem z Sienkiewiczowskiej powieści -, targowiczanie i wszelkiej maści opętani prorocy. Niech nie kojarzy dzisiejszego obrazu Polski i Polaków z chłopem podobnym do zgrai kruków i wron żerujących na padlinie i resztkach narodowego dobytku, niech wygna z pamięci mary wyszłe spod pióra Stefana Żeromskiego. Niech wie że się pomylił. Tego wszystkiego życzę jemu i rodakom z całego serca. | |||