now@ on-line  grudzień  2002

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


w tym wydaniu: 

David M. Dastych:

Zbyszek Koreywo:

Marcin Małek:

 

 

MSX Enterprise

Duża sprawa małego miasteczka

Kraśnik Fabryczny koło Lublina miał być miastem całkowicie pozbawionym religii. Tak samo jak Poniatowa, Świdnik, Stalowa Wola, czy Nowa Huta. Toteż w planach rozbudowy miasta nie było miejsca na kościół. W zamian za kościół wybudowano sporych rozmiarów dom kultury. Ma on w swojej historii szczególny wkład w zwalczaniu religii i ateizacji kraśnickiej społeczności.

Dziś w domu kultury mieści się kino, społeczne liceum ogólnokształcące a w hallu odbywa się... kiermasz obuwia. Znalazło się też miejsce na budowę świątyni. Jednak mało kto wie, jakie wydarzenia miały miejsce w Kraśniku Fabrycznym, zanim jeszcze została odprawiona pierwsza msza święta w nowych kościelnych murach.

Parszywe owce z Komitetu

W czasach stalinowskiego reżimu bogobojni ludzie, których los przygnał do Kraśnika Fabrycznego za chlebem i pracą wytrwale chodzili co niedziela do kościoła położonego we wsi Urzędów. Mało kto miał wtedy prywatny samochód. Droga pokonywana była zazwyczaj pieszo, bądź na rowerze. Zresztą ten, kto miał Pobiedę jeździł raczej na wiec przed Domem Kultury, niż do kościoła. Kiedy nadchodziła dużymi krokami postalinowska odwilż, wśród kraśniczan obudziła się nadzieja, że wreszcie będą mieli swój własny Boży Dom.

Mieszkańcy zawiązali komitet budowy kościoła, który czynił mozolne starania o pozwolenie na budowę. Wielokrotnie zabiegali u stosownych władz o wydanie takiego pozwolenia. Wydeptywali ścieżki we wszystkich możliwych urzędach.

Myśmy mieli nawet takich chłopów, którzy dawali plac, dawali cegłę, wszystko, co tylko było potrzebne do budowy kościoła. Chodziło tylko, żeby mieć pozwolenie. Wtedy zawiązał się Komitet budowy kościoła i zaczęliśmy pisać najpierw pisma, a potem zaczęliśmy jeździć do Lublina i Warszawy - wspomina pani Grażyna Krzęcijewska. Nasze władze zadecydowały, że absolutnie nie może być w Kraśniku kościoła!. Bo Kraśnik, Świdnik, to miały być takie miasta socjalistyczne - chodziło o to, żeby wychować społeczeństwo w niewierze. Jak można pozwolić na to, żeby był Kościół?! No ale myśmy mimo wszystko jednak bombardowali. Pojechaliśmy do Warszawy i dostaliśmy się do ministra Jerzego Sztachelskiego. Przyjął nas. Czekaliśmy oczywiście bardzo długo, bo to nie można było tak od razu dostać się do ministra. Oczywiście zgadzał się, jak najbardziej, oczywiście w Kraśniku kościół może być.

W efekcie tych rozmów, na wiosnę 1957 roku Urząd do Spraw Wyznań wydał w końcu zezwolenie na budowę kościoła. Skoro więc Warszawa się zgodziła - nic już nie stało na przeszkodzie. Tymczasem na miejscu, w Kraśniku nadal były problemy z pozwoleniem. Lokalne władze wciąż trwały przy swoim negatywnym stanowisku. Komitet działał dalej i systematycznie „nękał” lokalną władzę ludową, aby zezwoliły na budowę kościoła. Wreszcie władzy znudził się kłopotliwy komitet. Przejawem znudzenia miały być szykany wobec osób działających w tym komitecie oraz całkowite zlekceważenie zezwolenia Urzędu do Spraw Wyznań.

Dostaliśmy pismo, że musimy zgłosić się wszyscy do województwa. Pojechaliśmy do województwa, no a potem do Urzędu Bezpieczeństwa. W UB oczywiście nas wszystkich spisali. Wreszcie w 1959 roku chyba mieli nas dosyć, bo znów dostaliśmy wezwanie do UB i ... otrzymaliśmy wymówienia z pracy. Ja byłam nauczycielką, więc od razu w czerwcu dostałam wypowiedzenie, że nie ma dla mnie etatu. Ale we wrześniu okazało się, że etat był - lecz nie dla mnie, tylko dla kogo innego. W Domu Kultury zrobili coś w postaci sądu, który publicznie napiętnował cały nasz Komitet, zwłaszcza panów Niewinowskiego i Muszyńskiego, którzy stracili pracę w fabryce. Zostaliśmy zwyzywani od „parszywych owiec” No i na mnie też ciągle mówiono „ parszywa owca” - mówi pani Krzęcijewska.

W czasie, kiedy komitet starał się o pozwolenie, na skraju dróg, w lesie ktoś postawił duży krzyż. Krzyż ten był doraźnym miejscem spotkań ludzi wierzących.

Tam - opowiada pani Krzęcijewska - gromadziliśmy się wszyscy na nabożeństwa majowe i czerwcowe. Czasem zdarzało się tak, że przyjeżdżał ksiądz i odprawiał Mszę. Później była Komunia Św. dla dzieci. Trzeba było się starać o następne pozwolenie, żeby te dzieci (około 250 ) mogły tu, pierwszy raz przystąpić do Komunii. Ale tu jeszcze nie było ołtarza ani nic... Potem stopniowo przychodziły kobiety, jak zobaczyły, że się tak modlimy, zaczęły robić ołtarz. Ten ołtarz miał później zadaszenie, potem zrobiono niby ołtarz, niby stół, a jeszcze później to już była taka kaplica pod gołym niebem..

ORMO stosuje metody gestapo

Oczywiście pozwolenia na uroczystość Pierwszej Komunii nie wydano. Mimo to nadal wierni zbierali się przy zaimprowizowanym ołtarzu. Ktoś przyniósł dywan, ktoś kupił świece, inni przynieśli kwiaty i obraz Matki Boskiej. I tak jak było do tej pory - odprawiano tam nabożeństwa.

W siedzibie Miejskiej Rady Narodowej wrzało jak w ulu. Prezydium Rady wytężało głowy, co zrobić z tymi „niewygodnymi zgromadzeniami”. Ostatecznie 26 czerwca 1959 roku funkcjonariusze milicji przerwali czerwcowe nabożeństwo i zaczęli demontować ołtarz. Następnie załadowali wszystkie jego elementy, po czym zawieźli je na posterunek. Zdezorientowani ludzie udali się pieszo pod posterunek i zaczęli domagać się zwrotu obrazu Matki Boskiej, lichtarzy, świec i innych elementów. Zapadał zmrok.

Wtedy właśnie, do Fabryki Łożysk Tocznych, nieopodal komisariatu jechał pan Kazimierz Szymula.

Tego tragicznego dnia jechałem do pracy na trzecią zmianę. Wtedy jeszcze dojeżdżałem do pracy z Dzierzkowic. Kiedy przejeżdżałem koło lasu usłyszałem śpiewy oraz jakieś dziwne krzyki. Koło posterunku milicji zobaczyłem duży tłum ludzi, przeważnie kobiet i dzieci. Rozlegały się okrzyki - jedni krzyczeli „pachołki Moskwy!”, inni śpiewali religijne pieśni. Na wysokości Domu Kultury spotkałem swojego znajomego. Zacząłem pytać co się stało. Dowiedziałem się, że miała odbyć się komunia, tymczasem władza zarekwirowała obraz i stąd ten protest. Stałem tam około pół godziny. W tym czasie na posterunek wchodzili i wychodzili bez przerwy ludzie. Wciąż słychać było krzyki „Oddajcie obraz!”. Inni krzyczeli „poczekajcie, przyjadą z Lublina to ich załatwią!”. Ja wróciłem jesienią 1958 roku z wojska i wiedziałem, do czego mogłaby doprowadzić taka interwencja. Mówię więc do znajomego, że trzeba tych ludzi uspokoić, pogadać z nimi żeby się rozeszli, bo jak przyjadą z Lublina to im zrobią krzywdę. Ponieważ było już późno, to wsiadłem na swój rower i pojechałem do pracy.

Kiedy pan Szymula dojeżdżał do bramy fabryki, w tym samym czasie pod posterunkiem rozpoczęła się regularna wojna o zarekwirowane elementy ołtarza. Poszły w ruch kamienie i wyrwane chodnikowe płyty. Przyjechała straż pożarna i zaczęła polewać ludzi wodą

To stało się w trakcie nabożeństwa czerwcowego. Najpierw przyszli „partyjniacy” i zaczęli niszczyć ołtarz. Później przyjechała milicja, po czym zaczęła wszystko zabierać na posterunek. Ludzie zaczęli się buntować. Wszyscy przeszli pod posterunek i zaczęli domagać się zwrotu obrazów, lichtarzy, świec, dywanów... A jak to w tłumie bywa nie trzeba wiele, by zaczęła się bijatyka. Na dokładkę z kina o godz. 10 - ej wyszli ludzie i wtedy dopiero zaczęła się walka. Na to milicja wezwała z Lublina posiłki. Co tam się stało można porównać z okupacją hitlerowską. Wzięłam dzieci, pokazałam im co tam się dzieje i powiedziałam: Zobaczcie, tak było w czasie okupacji w Warszawie! - relacjonuje pani Krzęcijewska.

Z relacji pana Mieczysława Szydłowskiego wynika, że siły milicyjne w Kraśniku były duże i liczono się nawet z pacyfikacją Kraśnika.

Kiedy milicja zarekwirowała wszystkie elementy ołtarza, to zaraz pod posterunkiem zgromadził się tłum ludzi. Śpiewali pobożne pieśni i prosili o zwrot tych rzeczy. Wreszcie przyjechał dyrektor z fabryki i zaczął im tam coś tłumaczyć, ale bez skutku, bo nic nie oddali. Potem z Kraśnika przyjechał Ksiądz. Też im nie dał rady. Im więcej było ludzi, tym atmosfera była bardziej napięta. Ktoś odważny rzucił kamienie i ... zaczęło się. Milicja zaczęła strzelać, przez okno, w powietrze. Kiedy oni zaczęli strzelać rozgorzało na dobre. Ściągnęli posiłki z Lublina i ze szkoły milicyjnej w Pionkach. Podobno były też oddziały z Warszawy. Wszyscy byli w bojowym rynsztunku. Po lasach, od strony Urzędowa i Kraśnika - stały pochowane czołgi.

To ORMO (Ochotnicze Rezerwy Milicji Obywatelskiej) pierwsze zaczęło rzucać w lampy uliczne przy posterunku. Sama widziałam, że jeden schylił się po kamień i rzucił w latarnię. Sami sprowokowali te zajścia. - twierdzi pani Helena Wawszczyk wspominając tamte wydarzenia.

Syn pani Stanisławy Gąsior miał wtedy 14 lat

Pamiętam, że wychodziliśmy wtedy z kina. Pod komisariatem stały matki z dziećmi i upominały się o to co zabrała milicja. Jedna kobieta podeszła do milicjantów i zażądała zwrotu dywanów, kwiatów i świec, na co milicjant uderzył ją pałką. Wieści doszły do fabryki. Akurat druga zmiana wyszła z pracy i zaczęła się rozróba.

Poniewierani za zapalone światło?

Końcowy efekt bijatyki był do przewidzenia. Elementów ołtarza nie oddano. Poirytowani ludzie rozeszli się do domów. W tym momencie inicjatywę przejęła milicja i UB. Natychmiast rozpoczęły się aresztowania. Pierwszym, doraźnym kryterium przy stwierdzaniu winy za spowodowanie zajść przed posterunkiem był fakt, że ... w domu pali się światło. Pora była już późna, toteż jakiś mądry milicjant wyszedł z założenia, że tam gdzie się świeci - na pewno ktoś dopiero wrócił z bijatyki. Następnym kryterium było posiadanie mokrej odzieży. Nie zwracano uwagi, czy była ona dopiero co uprana, czy faktycznie mokra od strażackiej sikawki. Tak, czy owak - było się winnym.

Fingowanie procesów, długotrwałe więzienie, zwolnienia z pracy, kłopoty z jej znalezieniem, eksmisje, prowokowanie do przestępstw, propozycje współpracy z UB - to chyba stały zestaw metod w ujarzmianiu społeczeństwa, nie tylko w Kraśniku.

Pani Grażyna Krzęcijewska: Kiedy zwolnili mnie z pracy, natychmiast dostałam wypowiedzenie z mieszkania. Powiedziałam do męża, żeby wyjechał z Kraśnika, a ja zostanę z dziećmi tu. Przecież nie wyrzucą samotnej kobiety z dziećmi - pomyślałam. Chciałam żeby jednak dzieci miały kontakt z ojcem. Spotykaliśmy się nocą w naszym domu. Trzeba było to ukryć! Inaczej na pewno by mnie wyrzucono.

Było bardzo ciężko. Bywało tak, ze nie miałam nawet na mleko. rozpaczliwie szukałam pracy. W końcu poszłam do szkoły i poprosiłam o jakąś pracę. W szkole dostałam tzw. „godzinki”. Bardzo marna praca, za grosze, w dodatku nie płacono mi przez wakacje. Na przykład za mieszkanie musiałam płacić 260 zł, a dostawałam 230 zł.

Tak to trwało kilkanaście lat. Przez ten czas dorabiałam sobie jako nauczyciel muzyki. Etat dostałam dopiero w 1972 roku. Jednak nadal byłam parszywą owcą. Każdy patrzył na mnie krzywo. Któregoś pięknego dnia dyrektor wezwał mnie na dywanik i oświadczył: „ Koleżanko, wy nie możecie chodzić do kościoła w Urzędowie, bo cała młodzież za wami idzie sznurkiem! Pani demoralizuje młodzież!”

Ci, którzy zostali zatrzymani i skazani, odczuli na sobie szczególnie odwet milicji za kraśnickie wydarzenia. W więzieniach traktowani byli wyjątkowo brutalnie i nieludzko.

W więzieniu, bez przerwy napuszczali na mnie milicjantów. Jeden napuścił drugiego, aby powiedział mi, że mój mąż chce ze mną rozmawiać i żeby z nim pojechać do domu. Ja mu na to odpowiedziałam, żeby dał mi klucze od domu, a on niech posiedzi za mnie w celi. Wtedy dopiero pójdę. Jeszcze próbował na mnie naciskać, ale nic nie wskórał. Bić to mnie nie bili, ale poniżyli mnie psychicznie. Przez miesiąc siedziałam przy jakimś klozecie, skąd niemiłosiernie cuchnęło. Wreszcie przyszedł strażnik i pod karabinem popędził mnie do samochodu. Potem dołączył drugi i pokazał mi w wewnętrznej stronie marynarki obrazek Matki Boskiej i powiedział: „Niech się pani nie boi tylko trzyma się mnie. Nic się nie stanie”. W końcu powiedział do tego pierwszego. „Kolego, mam dużo spraw do załatwienia w okolicy Chełma. Ja odwiozę więźnia.” Rozkuł mnie z kajdanek, kazał usiąść na fotelu pasażera i powiedział, żebyśmy zachowywali się jak mąż i żona. W Lublinie zatrzymaliśmy się i ten milicjant powiedział, żebym sobie poszła coś kupiła do picia, czy jedzenia. Bez obawy, że ucieknę. Zresztą gdzie mogłabym uciec?

W końcu dowiózł mnie do Chełma. Wszyscy mi mówili, że na pewno dostanę pięć lat. Siedziałam tam dwa miesiące, do sprawy.

Na sprawę przywieziono mnie do Kraśnika. Moja pani adwokat była tak wygadana, że nie dała na mnie złego słowa powiedzieć. Prokurator też zachował się bardzo przyzwoicie. Okazało się, że przeciwko mnie miało zeznawać szesnastu świadków. Na osobności prokurator powiedział żebym podpisała ten protokół świadków. Ja mu na to odpowiedziałam, że większość ich nie jest mi znana. Na to on, że powyrzuca większość świadków i zostawi dwie, czy trzy osoby, które faktycznie panią znały, bo szkoda mi pani męża i dzieci.

I faktycznie - prokurator usunął większość świadków. Miał tylko zeznawać jeden milicjant. Akurat, przed rozprawą mąż spotkał owego milicjanta przy kiosku. I powiedział mu, że jak będzie mówił prawdę to nic mu się nie stanie, ale jak tylko zacznie kręcić, to mu utnie głowę siekierą. Widać się przestraszył, bo na rozprawie mówił całą prawdę. Powiedział, zgodnie z prawdą, że stałam tego dnia przed posterunkiem, ale rzucać kamieniami, nie rzucałam.

Na rozprawie młodsza córka zaczęła płakać. „Nie zabierajcie nam mamy. Kto nam będzie gotował obiad?” Prokurator zasłonił się książką, bo nie potrafił opanować emocji. W końcu mnie wypuścili, ale dołożyli mi 600 zł kary, na cztery lata pozbawili mnie praw publicznych i dostałam rok w zawieszeniu. - mówi pani Helena Wawszczyk.

Stanisława Gąsior

Przyszedł do nas nasz znajomy kierowca. I od progu pyta, co się z nami dzieje? Dłuższy czas go nie było u nas. A teraz nagle przyszedł i mówi, że coś go pchnęło, aby do nas przyjść. W domu płacz. Mówię mu, że mąż siedzi w więzieniu. Byłam wtedy sama z czwórką dzieci, a bez męża było nam bardzo ciężko. Na to nasz znajomy powiedział, ze ma znajomego kapitana w milicji i postara się załatwić zwolnienie męża. Powiedział jeszcze, że jak będzie z mężem jutro o dziesiątej w domu, to znaczy że się udało. Jeśli nie, to marna szansa.

Udało się. Mąż następnego dnia wrócił do domu. Musiałam ugościć kapitana. Do dziś nie mam wieści o nim, czy żyje, czy jest zdrowy.

Było nam wtedy bardzo ciężko. Nie mieliśmy na lekarstwa dla dzieci, a nikt nam nie chciał pomóc, tylko odsyłali nas mówiąc: „idźcie do księży, oni wam dadzą!”

Potem przychodziło do nas UB i kilka razy przesłuchiwało męża. Chcieli, żeby wskazał tych, co byli w Komisji budowy kościoła i tych, co budowali ołtarz, że jak poda nazwiska to będziemy mieli na chleb i do chleba. Mój mąż odparł, że za takie coś dzieci karmił nie będzie. Później mąż ciężko zachorował, miał dwa zatory... już nie poznawał ludzi... A teraz już wychodzi o lasce z domu. Podzieliłam się dobrą nowiną z sąsiadką, że mężowi się poprawiło. A ona zapytała: A czy pani wie jak pani mąż bronił krzyża? Ten krzyż przemienił się w dobre!

Syn pani Gąsior

Wydał mnie ojciec mojego kolegi. Powiedział, że stałem i rzucałem kamieniami i chodnikowymi płytami. Następnie byłem sądzony jako nieletni. Z tej racji, że nie miałem jeszcze lat, to rodziców ukarali dużą grzywną. (5000 zł, czyli 7 krotne pobory ojca).

Praktycznie do końca komuny byliśmy szykanowani za walkę o wiarę i religię. Siostra po technikum nie mogła znaleźć pracy. „Idź do księdza!” - słyszała wokoło.

Traktowali nas strasznie - mówi pan Mieczysław Szydłowski - Na przykład nocami wyciągali nas na przesłuchania. Dwadzieścia i więcej razy w ciągu jednej nocy. I w kółko pytali o jedno. Przy tym świecili lampą w oczy. Robili bez przerwy zdjęcia. Nie wiem, czy naprawdę je robili, czy chodziło o oślepienie lampą błyskową.

Wychodziło się stamtąd po prostu pijanym. Później z więzienia wozili nas na sprawy. Ja byłem przewożony sześć razy do Kraśnika. Dlaczego? Ponieważ znalazł się świadek, który mnie oskarżył. To był ORMO-wiec.

Wozili nas skutych w kajdanach, z psami. Tak jak przestępców, jakichś bandytów! Do cel wpuszczali nam kapusi, aby coś więcej od nas wyciągnęli. Ci kapusie prowokowali nas, przeklinając na ówczesne władze, po prostu robili wszystko aby od nas coś jeszcze wyciągnąć. Taki kapuś siedział zwykle w celi trzy dni, potem zmieniali go na innego.

Ja siedziałem w kilkunastu więzieniach. Kraśnik, Nisko, Rzeszów, Przemyśl, Medyka, Lublin, Częstochowa, Sztum, Brzeg nad Odrą. Byłem też w kilku takich więzieniach, o których nawet nie wiem, gdzie były położone. Przewożono mnie w nocy, w suce i natychmiast osadzano w celi. Przewożono mnie tak specjalnie, żebym nie mógł się z kimś zapoznać, żeby nie wejść z kimś w kontakt. W celi było zazwyczaj miejsce na pięć osób. A nas siedziało w takiej celi piętnastu, w tym dwóch, trzech kapusi z UB. Po dziesięciu miesiącach wyszedłem na przerwę.

Kiedy byłem na wolności - jak się później dowiedziałem - bez przerwy za mną chodzili tajniacy. Śledził mnie wtedy mój sąsiad, który jak się okazało pracował w prokuraturze. Dosłownie krok w krok. Tak w ogóle to tajniaków chodziło za mną czterech. Jednego dnia wpadło do mnie do domu siedmiu milicjantów i czterech ORMO-wców. Wtedy zostałem bestialsko pobity, co odczuwam po dziś dzień...

Bez przerwy odraczałem sobie „odsiadkę”, w prokuraturze generalnej w Warszawie, motywując to złym stanem zdrowia i ciężką sytuacją materialną rodziny. I jak zbliżał się termin, to ja uciekałem do Warszawy i znów odraczałem termin. Miejscowej władzy to się nie podobało, jak mogę być trzy lata na odroczeniu. Toteż urządzali napady na mój dom. Straszyli moje małe dzieci, prowokowali mnie na każdym kroku, aby tylko unieważnić moje odroczenie. W końcu mnie dopadli i zaciągnęli na posterunek, w nocy i to jeszcze nie z domu, tylko z mojej kryjówki.

Po odsiedzeniu wyroku nie mogłem znaleźć nigdzie pracy. Powiedzieli mi wprost, żebym kupił sobie kilka par butów na grubej podeszwie, bo je wszystkie zedrę, zanim znajdę pracę. Koniec końców, wojewoda Dąbek pozwolił mi wrócić na moje dawne miejsce pracy.

Jeżeli chodzi o wyroki, to te były już przygotowane. Cały proces był już wcześniej wyreżyserowany. Nie dali obronie żadnych szans na nasze usprawiedliwienie. Nie dawali nawet dojść do słowa. Przecież walczyłem o kościół, a traktowany byłem jak pospolity bandyta. Dokąd istniała komuna dotąd byłem szykanowany, właśnie za kościół.

Problemy miał także pan Kazimierz Szymula:

Dla mnie najgorsze były obelgi, które rzucano pod naszym adresem. To ubliżanie bardzo przeżyłem, bo Bóg, Honor i Ojczyzna to dla mnie są najważniejsze wartości, od małego dziecka. Już kiedy chodziłem do szkoły to wyrzucano krzyże, niszczono wszystko, co miało jakiś związek z wiarą. Denerwowało mnie to. Szykanowano nas później w fabryce, ubliżano od warchołów, zwalniano z pracy. Ja pracowałem na kuźni, a to był bardzo skomunizowany wydział. I widziałem tam ludzi z wydziału, którzy byli zaangażowani w to wszystko, lecz po przeciwnej stronie.

Od tamtej pory dzieci woziło się poza Kraśnik do Kościoła, do komunii, do chrztu... to były straszne czasy.

Wie pan, ja się cały czas angażowałem, w komitetach wydziałowych i zakładowych. Tam dyskusje sprowadzały się do opluwania hierarchii kościelnej. A ja pytałem : Człowieku! Wiem, że jesteś ochrzczony! Dlaczego przeszkadza ci ten Krzyż. I z tego powodu miałem duże nieprzyjemności. Straszono mnie, szykanowano. Przyszedł nawet do mnie oficer wywiadu... A wszystko za Kościół. Szykany ustały kiedy pozwolono wybudować Kościół.

Ja się jeszcze wtedy nie biłem

Mimo nieustannego życia w upokorzeniu i ciągłego poniewierania mieszkańcy Kraśnika Fabrycznego dalej walczyli o kościół. Wreszcie w 1978 roku - na skutek ciągłych interwencji, a to w Warszawie, a to w Lublinie wydano zgodę na budowę kościoła. Trud się opłacił. Nowa, prowizoryczna kaplica rosła dosłownie z godziny na godzinę. Nad kaplicą górował krzyż. Przez wiele lat społeczność Kraśnika gromadziła się przed tą kaplicą uczestnicząc we Mszy Świętej nie mogąc się doczekać, kiedy zakończą się prace budowlane przy „prawdziwej” świątyni. A kiedy pytam w kiosku sprzedawcę, jak dojść do kościoła, sprzedawczyni dopytuje: Chodzi panu o NASZ kościół Św. Józefa, tak? A to tam, prosto i zaraz w prawo!

Trafiłem właśnie na koniec porannej Mszy Św. Jest środek tygodnia, a z kościoła wychodzą tłumy wiernych, jak w niedzielę. Widok w Lublinie rzadki.

Dziś już nie stoją w lasach czołgi. Nie ma już posterunku milicji nieopodal Domu Kultury. W siedzibie dawnej Miejskiej Rady Narodowej zadomowiły się prywatne firmy. Jedynie szkoła podstawowa nosi jeszcze imię Janka Krasickiego. To właśnie tu, nieopodal boiska szkoły na rozstaju dróg stał krzyż. Teraz leżą tam puste butelki, opakowania po słodyczach i niedopałki papierosów.

Na placu, przed Domem Kultury nie stoją już Pobiedy i Wołgi. Co jakiś czas przemyka czerwony Pontiac z głośno grającą muzyką, a na parkingu stoi brązowy, podstarzały Mercedes.

To tacy młodzi synowie jednych bogaczy kupili sobie „ścigacz” i tłuką się po mieście - mówi mi jeden uczeń społecznego liceum wsiadając do tego Mercedesa.

Na barierkach siedzi kilkoro młodych ludzi. Styl ich ubioru i zachowanie nie wskazują by byli uczniami. Podchodzę i pytam ich, czy wiedzą co wydarzyło się tutaj w 1959 roku.

Nie... nie wiem odpowiada mi chłopak w czapce z napisem L.A. Lakers. Drugi w bluzie z kapturem bąknął: Coś mi babcia tam kiedyś mówiła, że był jakiś dym, ale kto z kim się bił, to nie pamiętam. Ja się wtedy jeszcze nie biłem (natychmiast wszyscy wybuchnęli śmiechem). Kiedy odchodziłem w stronę przystanku PKS podbiegła do mnie dziewczyna, która siedziała z nimi i spytała:

Ej, sorry! Masz może papierosa?

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów        http://nowamedia.w.interia.pl