|
"Spojrzymy:
husaria już rozpuściła konie. Boże, co za impet! Wpadli w
dym... znikli [...] Aż zagrzmiało coś i dźwięk się uczynił,
jakby w tysiącu kuźni kowale młotami bili. Spojrzymy: Jezus
Maria! Elektorscy mostem już leżą jako żyto, przez które
burza przejdzie, a oni już hen za nimi! jeno proporce migocą! Idą
na Szwedów! Uderzyli na rajtarię - rajtaria mostem! Uderzyli na
drugi regiment - mostem! [...] Wszystko pierzcha, wszystko się
wali, rozstępuje, idą jakby ulicą... bez mała przez całą
armię już przeszli! Zderzą się z pułkiem konnej gwardii, wśród
którego Carolus stoi... i gwardię jakoby wicher rozegnał!"
Ten opis szarży husarii pochodzący
z "Potopu" Henryka Sienkiewicza choć porywający i
barwny nic tak właściwie nie mówi o taktyce jaką stosowała ta
prześwietna jazda. A przecież to w dużej mierze właśnie jej
zawdzięcza ona swoje oszałamiające sukcesy.
Kiedy zainteresowałem się husarią
zadziwiło mnie, jak to się działo, że potrafiła ona rozbijać
wielokrotnie silniejszego nieprzyjaciela a przy tym straty przy
atakach na ziejące ogniem czworoboki piechoty (osłonięte
dodatkowo pikinierami) były tak zadziwiająco niskie (weźmy np.
Kircholm, gdzie zginęło ok.100 Polaków a 200 było rannych,
przy stratach Szwedów ocenianych na 6-9tys. ludzi).
Aby rozwiązać tą zagadkę, należy
zdać sobie sprawę z kilku rzeczy. Po pierwsze z bardzo
ograniczonej skuteczności broni palnej w tym czasie. Po drugie z
tego, że husaria potrafiła minimalizować skutki jej działania.
Ale najlepiej przedstawić to na konkretnym przykładzie. Weźmy
typową sytuację z przełomu XVI i XVIIw. Chorągiew husarii (w
liczbie 200 jeźdźców) atakuje regiment piechoty (załóżmy, że
liczy on 600 ludzi, z czego 400 to muszkieterzy a 200 to
pikinierzy). Piechota w tym czasie szykowała się do walki w płytszym
ugrupowaniu niż to miało miejsce we wcześniejszym okresie (np.
na początku XVIw. regułą były czworoboki piechoty po 50 - i więcej
- ludzi w szeregu i 50 rzędach). Miało to szereg zalet, między
innymi i tą, że wprowadzano na raz do boju większą ilość
ludzi w pierwszym szeregu. Ustawiano się w ten sposób, że 6
szeregów (choć bywało też więcej np. 10) muszkieterów osłanianych
było przez 3 szeregi pikinierów (sposobów ustawienia było
rzecz jasna dużo więcej; opisywany szyk piechoty należy
traktować jako jeden z wielu możliwych). Dlaczego akurat tyle?
Liczba szeregów muszkieterskich wynikała z niskiej
szybkostrzelności ówczesnej broni palnej (nie większej niż 1
strzał na 2 minuty). Dodać należy, że i tak był to spory postęp
w stosunku do lat wcześniejszych, gdzie np. w 1 poł. XVIw.
wynosiła ona zaledwie 1 strzał na 12 minut. Liczbę zaś
pikinierów dobierano tak, aby była jak najmniejsza ale żeby miała
jeszcze możliwość powstrzymać swoimi pikami atak wrogiej jazdy
(w tym czasie ustaliły się między pikinierami a muszkieterami
proporcje jak 1 do 1 lub 1 do 2). Chcąc zachować płynność
prowadzenia ognia, w Europie zachodniej rozwinęła się taktyka
piechoty zwana kontrmarszem.
Polegała ona na tym, że strzelano
pojedynczymi szeregami (wysuwając się 10 kroków przed
ugrupowanie), gdy pozostałe szeregi ładowały w tym czasie broń.
Po wystrzeleniu wycofywano się na koniec ugrupowania, robiąc
miejsce dla kolejnego szeregu (technik kontrmarszu było zresztą
więcej; można było np. miarowo cofać się całym ugrupowaniem,
lub posuwać się do przodu - ale nie jest to dla naszych rozważań
istotne). Gdy pozostałe 5 szeregów oddało swoją salwę,
pierwszy szereg zdążył już nabić muszkiety i był gotowy do
strzału. Jak więc z tego widać całość ugrupowania mogła
oddawać salwy już co 20 sekund, gdy poszczególne szeregi tylko
co 2min.
Jakie z kolei było ustawienie
piechoty w ugrupowaniu? Piechurzy stawali co 1,5m, z jednej strony
po to aby mieć samemu miejsce na swobodne nabijanie broni, z
drugiej zaś aby móc przepuszczać wycofujących się po oddaniu
strzału na koniec ugrupowania. Pikinierzy osłaniali muszkieterów
wysuwając się przed nich, ale dopiero wtedy, gdy groziło
niebezpieczeństwo ze strony wrogiej kawalerii, czy pikinierów
przeciwnika. Front więc takiego regimentu zajmował ok.100m (600
ludzi w 9 szeregach z odstępami 2m między kolumnami).
Jak z kolei stawała husaria?
W tym okresie husaria szykowała się do boju w 3-4 szeregi (choć
bywało, że znacznie głębiej). Przyjmijmy, że były to 4
szeregi. Odległości między husarzami podczas prawie całej szarży
(przed samym uderzeniem dochodziło do bardzo ciekawego momentu -
o czym później) wynosiły przynajmniej długość konia. Umożliwiało
to:
1. Wykonywanie zwrotów "po
koniu", co z kolei dawało możliwość przerwania w każdej
chwili szarży, bez zamieszania w szeregach.
2. Omijanie niespodziewanych przeszkód na drodze (chociażby leżących
na pobojowisku rannych, zmarłych czy końskich trupów).
3. Utrudniało celowanie do tak luźnego szeregu.
4. Przy szarżach na inną kawalerię umożliwiało "wejście"
w przeciwnika.
Przyjmując tę odległość na 4m (ściślej
rzecz ujmując odległości między husarzami wynosiły 3m plus 1m
szerokości konia z jeźdźcem) otrzymamy front ugrupowania liczący
200m (200 ludzi w 4 szeregach w odległości 4m między końmi w
szeregu). Jak więc widać, był on szerszy od 3-krotnie
liczniejszego ugrupowania piechoty (o zaletach z tego wynikających
później).
W pierwszym szeregu znajdowało się
50 husarzy (co było zaszczytem przysługującym towarzyszom
husarskim; członkowie pocztów tzw. pocztowi stawali za nimi) i
był to szereg najbardziej narażony na ogień piechoty. Pozostałe
3 szeregi stawały za nimi, co chroniło je w bardzo znacznym
stopniu od czołowego ognia. Jak przebiegała sama szarża?
Husaria (w typowych warunkach)
zaczynała szarżę w odległości ok. 375m od przeciwnika.
Pierwsze 75m przejeżdżała stępem, później 150m kłusem,
kolejne 120m galopem by na 30m przed ugrupowaniem przejść w cwał
(dotyczy to tylko 1-szego szeregu). Tylne szeregi przechodziły w
cwał wcześniej (na ok. 60m przed ugrupowaniem przeciwnika).
Dlaczego szarża przebiegała akurat w ten sposób?
Otóż koń - jak każda żywa
istota - męczy się. Konieczność oszczędzania jego sił, których
najwięcej tracił w cwale, a które musiały wystarczyć na
wielokrotne niekiedy szarże, czy na końcowy pościg za rozbitym
nieprzyjacielem, dyktowała taki a nie inny sposób. Wiąże się
to również z odległością rażenia z broni palnej. Lecz najważniejsze
było to, że siła uderzenia chorągwi zależała od zwartości
jej szyków. I o ile w stępie, kłusie czy nawet galopie można
utrzymać szyk, to już w cwale jest to niemożliwe (na dłuższym
odcinku) - każdy koń cwałuje bowiem z inną prędkością. Przy
ataku czworoboku pikinierskiego najważniejsze zaś było równoczesne
wejście całym frontem w szyk wroga.
Rozwiązanie zaś zagadki wcześniejszego
przejścia w cwał tylnych szeregów jest związane z najciekawszą
fazą szarży. Pozwalało to na zrównanie drugiego szeregu z
pierwszym. Co to dawało? Bardzo wiele, uzupełniało straty
pierwszego szeregu a poza tym, po zrównaniu dwóch pierwszych
szeregów, odległości między jeźdźcami zmniejszały się
2-krotnie (z 4 do 2m). Dodatkowo cały front chorągwi ścieśniał
się w ten sposób, że skrzydłowi parli końmi do środka szyku.
Dawało to maksymalną zwartość ugrupowania (odległości między
jeźdźcami w tym momencie można szacować na mniej niż 1,5m;
pamiętnikarze mówią nawet o szyku "kolano w kolano"),
a co za tym idzie największą siłę przełamującą.
Zauważmy, że o ile na początku
szarży naprzeciw 1 husarza (w pierwszym szeregu) stało 2
pikinierów, o tyle tuż przed uderzeniem w czworobok piechoty na
2 pikinierów przypadało ponad 2 husarzy (pikinierzy nadal stali
w odległościach półtorametrowych, husarze jednak mniej niż półtorametrowych).
Szerokość całego frontu chorągwi zmniejszała się do
ok.130-140m, ale jak widać - była ona nadal większa od szerokości
regimentu piechoty, który wynosił 100m. Tak uderzająca husaria
miała wszelkie możliwości przełamania szyku wroga. W pierwszej
linii na 100 kopii husarskich przypadało niecałe 70 pik
piechoty. Dodatkowo szerszy front chorągwi husarskiej pozwalał
przeskrzydlić regiment piechoty. A wiadomo, że uderzenie w
skrzydło ugrupowania (nie tylko zresztą piechoty, jazdy także)
jest o wiele groźniejsze i skuteczniejsze niż we front szyku.
Cóż by to wszystko jednak znaczyło,
gdyby nie można było powalić tych pikinierów. Przecież to właśnie
zbrojni w długie (4-5m) piki byli przyczyną upadku i zaniku średniowiecznego
rycerstwa. Jak bowiem taki rycerz miał się "dobrać"
do ugrupowania pikinierów, gdy sam dysponował jedynie (i to w
najlepszym przypadku) 4-ro metrową kopią. Nim rycerz dosięgnął
nią piechura, jego koń już nadziewał się na pikę. Jeszcze
gorzej ta sprawa wyglądała porównując szanse ówczesnej jazdy
zachodnioeuropejskiej, która w ogóle zrezygnowała z kopii.
W przypadku husarii było inaczej.
Kopia husarska, dzięki innej niż średniowieczna konstrukcji (drążona
w środku od końca aż po gałkę), była od swej poprzedniczki o
wiele dłuższa (nawet 5,5m) a przy tym lżejsza. Co ważniejsze
była także dłuższa od pik (potwierdzają to wszelkie materiały
źródłowe oraz nieliczne zachowane do naszych czasów
egzemplarze). Mógł więc husarz powalić pikiniera, zanim jego
pika dosięgnęła konia husarskiego.
Ale to nie wszystko. Zakładając,
że pierwszy szereg pikinierów zostanie powalony przez husarię,
pozostają jeszcze dwa szeregi broniące dostępu do muszkieterów.
Jak husaria je pokonywała? Możliwe jest kilka odpowiedzi.
Pierwsza - husarze ustawieni byli w gęstszym szyku (choć
niewiele gęstszym) niż piechota. Po pierwszym starciu pozostała
więc część husarzy z całymi kopiami, mogących kontynuować
natarcie na drugą linię pikinierów. Druga sprawa - husarze z połamanymi
kopiami mogli posłużyć się ułamanym drzewcem - które miało
jeszcze dość znaczną długość (2-3m) - do roztrancania pik
kolejnych szeregów i rażenia pikinierów (ugodzenie w twarz
takim ułomkiem kopii nawet jeśli nie było śmiertelne, powodowało
znaczne okaleczenie i eliminację piechura z walki). Trzeci
wariant wykorzystuje fakt przeskrzydlenia szyków wroga. Załamanie
się obrony na skrzydłach, prowadzić mogło do
"zwijania" ugrupowania nie od czoła ale od boków.
Ostatnia w końcu możliwość, to wspieranie pierwszego szeregu
husarii przez dwa kolejne. Potrzeba było do tego wolnej
przestrzeni w pierwszym szeregu husarii (której przed samym
"wejściem" w ugrupowanie piechoty nie było - odległości
wynosiły przecież niecałe 1,5m). Ale owo "wejście" z
pewnością łamało szyk husarii na tyle, że tu i ówdzie tworzyła
się luka dostatecznie duża, aby husarz z tylnego szeregu mógł
z niej skorzystać.
Najprawdopodobniej wszystkie te
czynniki grały jakąś rolę a ich suma dawała efekt końcowy w
postaci przełamania wrogiego ugrupowania. Pamiętać także należy,
że nawet jeśli przełamanie nie następowało w pierwszej szarży,
husaria mogła odskoczyć od przeciwnika, przegrupować szeregi (w
tym czasie husarze, którzy nie skruszyli kopii wysuwali się do
pierwszego szeregu) i ponownie zaatakować nadszarpnięty szyk
piechoty. Ostatecznie, jeśli nawet jeździe zachodniej (choć
rzadko) udawała się ta sztuka, to husaria, która była bardziej
do tego predysponowana z pewnością radziła sobie w takich
zadaniach znacznie lepiej (zresztą nie trzeba tutaj zdawać się
na przypuszczenia, wystarczy zapoznać się z opisami bitew w których
husaria spotykała się piechotą zachodnią, aby pozbyć się
wszelkich wątpliwości).
Skora zapoznaliśmy się z
uszykowaniem obu ugrupowań w czasie całej szarży, pora
zastanowić się nad tym jak wrażliwa była husaria na ogień
piechoty.
Sztuka wojenna Zachodu nastawiona
już była na walkę ogniową. Co prawda pikinierzy osłaniali
muszkieterów przed atakami jazdy (co spowodowało z kolei zmianę
jej taktyki), lecz to właśnie muszkieterzy byli główną siłą
uderzeniową. Powodowało to na Zachodzie rozwój piechoty, jazdę
przeznaczano do działań pomocniczych. Jak więc wypada porównanie
polskiej sztuki wojennej (opartej na wykorzystaniu jazdy, gdzie główną
rolę grała husaria) z zachodnioeuropejską? Szereg zwycięskich
bitew świadczy, że zdecydowanie górowała ona nad zachodnią.
Ale w czym tkwi sekret?
Powróćmy do opisywanego przykładu.
Jakie szkody wyrządzał ogień piechoty atakującej husarii? Czy
mógł ją powstrzymać? Otóż okazuje się, że nie. Ciekawych
danych co do skuteczności broni palnej w tym czasie dostarczają
pamiętniki dowódców, żołnierzy i obserwatorów ówczesnych pól
bitewnych. Jednym z nich był Jan Chryzostom Pasek, doświadczony
żołnierz, biorący między innymi udział w wojnach ze Szwecją
(w latach 50-tych; w Polsce oraz w Danii), Rosją (na początku
lat 60-tych XVIIw.), Tatarami i Turkami. Zostawił on po sobie
znakomite źródło informacji o tamtej epoce, jakim są jego pamiętniki.
Przez opisy bitew, w których brał udział, zadziwiająco często
przebija spostrzeżenie o niewielkiej skuteczności ognia dział i
ręcznej broni palnej. Co ciekawsze można z tych opisów wysunąć
pewne wnioski co do przyczyn tak małej skuteczności tych broni.
Pasek pisze:
"A potem
piechoty dawały ognia z armaty okrutnie gęsto, z niewielką po
staremu z łaski bożej szkodą w ludziach naszych, ex ratione [z
przyczyny], żeśmy się bardzo podsadzili pod armatę i przenosiło
nas. Ale po staremu legło naszych kilkanaście, ale ci wszyscy,
co pod nimi konie postrzelono, pouchodzili żywo."
Zwraca tu uwagę zwrot "z
niewielką po staremu z łaski bożej szkodą". Jak widać
niewielkie straty od ognia broni palnej były czymś normalnym,
powszednim i to - warto podkreślić - nawet przy bardzo silnym
ostrzale artyleryjskim. Przyczyną tego była - jak podaje sam
Pasek - szybkość poruszeń jazdy. W innym miejscu można
przeczytać:
"Nie zapomnię
tego nigdy, dziesiątemu to powiem i mam to sobie za wielki dziw:
kiedy do 4 chorągwi naszych, które zagnały się za Moskwą, i
naprowadzone na ogień prawie w bok włożywszy, 3000 strzelców
razem ognia dali, a po staremu tylko jeden towarzysz zabity, a
czeladzi czterech, a pode mną konia postrzelono."
W tym wypadku do szarżujących 4
chorągwi (ich łączna liczebność mogła wynosić ok. 400 koni)
wystrzeliło jednocześnie bardzo liczne ugrupowanie piechoty
(liczba 3000 może być przesadzona, ale nie zmienia to faktu, że
strzelców było wielokrotnie więcej niż jeźdźców). Wynik był
zaś więcej niż mizerny (5 zabitych, prawdopodobnie dwa razy
tyle rannych i pewna ilość koni). Co prawda tak niskie straty były
już zaskoczeniem dla tego doświadczonego żołnierza, ale wielkość
tych strat kolejny raz świadczy, że ogień broni palnej nie był
tak niebezpieczny, jak mogłoby się wydawać. W tej konkretnej
sytuacji można podać jeszcze jedną ważną przyczynę, dla której
efekt salwy piechoty był tak słaby. Strzelanie do jazdy poruszającej
się pod skosem (albo w poprzek) do linii piechoty jest znacznie
trudniejsze niż do jazdy szarżującej na wprost (ale o tym później).
Nie tylko jednak Pasek dostrzega
fakt ograniczonej skuteczności ognia piechoty. Świadomość tego
musiała być dość powszechna wśród ludzi mających styk z
wojskiem (ale co ciekawe, raczej w Polsce niż poza jej
granicami). Potwierdzeniem tego jest przytoczony poniżej fragment
książki "Obraz dworów europejskich na pocz. XVIIw.",
będący opisem (pióra S.Paca) podróży po Europie Zachodniej królewicza
Władysława Wazy (w 1624r.). W jej trakcie, późniejszy król
polski Władysław IV Waza, miał okazję zapoznać się z
zachodnią sztuką wojenną i wymienić poglądy, i doświadczenia
wojenne z zachodnimi generałami. Charakterystyczna jest wymiana
zdań do jakiej doszło w czasie obiadu w obozie pod obleganą
Bredą, gdzie dowódca wojsk hiszpańskich Spinola (którego Władysław
był gościem) zapytał jednego ze swoich generałów (Henryka von
Bergen) co by zrobił, gdyby mu przyszło walczyć przeciwko
husarii. Oddajmy głos Pacowi:
"Siadaliśmy
zawsze z Spinolą i inszymi przednimi ludźmi do stołu, gdzieśmy
miewali siła dyskursów; bo samiż nam okazyą dawali pytając
nas o rycerstwie polskiem, sposobach wojowania. Jako trafiło się
też, że nas o naszego ussarza, kopijnika pytali [...]. Tamże
rzekł Spinola de conte Henryka von Bergen, coby on rozumiał
przeciwko tak potężnej jeździe za sposób. Odpowiedział mu
conte, żeby postawił przeciwko kopijnikom jazdę z karabinami długiemi,
a skoroby kopijnik skoczył, kazałby do nich z onych karabinów
wypalić i tak rozumiałby, żeby zniósł kopijniki. Roześmiałem
się na tę mowę, i pytali mię czemu. Powiedziałem, żeśmy
byli niedawno z królewicem jmć u książęcia bawarskiego, który
nam łowy kosztowne prezentował, bo otóż napędzono na nas do
kilku set zwierza łani i jeleni, a my z bud gęsto się
uszykowawszy strzelaliśmy do nich; a przecię w tak gęstej
strzelbie i z tak wielkiej gromady ledwo kilka sztuk zwierza na
placu zostało; drugie, lubo że z nich niektóre postrzelone,
poszły mimo. Nie jest tak bezpieczny i niestraszny cel kopijnik w
potkaniu jako zwierz strzelcowi; jeśli tedy na łowach z dwustu
tak mało szkody bywa od strzelby, cóżby te karabiny zbrojnemu
na koniu dobrym potykającemu się wadziły, mogłyby w gromadzie
którego z konia zrucić, a kieby wszystkiej chorągwi nie zniosły
i cnego impetu spiesznie nie zahamowały, którym kopijnik nie
tylko jazdę ale i spiśnika (jako tego świeże przykłady były
w Inflanciech) znosił. I przywtórzyli mi żem prawdę mówił."
Ta opowieść jest bardzo pouczająca.
Pokazuje jak w odmienny sposób podchodzono do wykorzystania broni
palnej na Zachodzie i w Polsce. Zbytnie przecenienie jej siły było
charakterystyczne dla państw reprezentujących zachodnią sztukę
wojenną. Ujawniało się to właśnie w starciach z armią polską,
która doceniając jej znaczenie (pod względem wprowadzania
innowacji w broni palnej, sposobów jej taktycznego wykorzystania
itp., Polska nie tylko, że nie odstawała od państw
zachodnioeuropejskich, ale niekiedy nawet je przewyższał - ale
to temat na oddzielne opracowanie) nie przeceniała jednak broni
palnej, widząc doskonale jej ograniczone możliwości. Co więcej,
fragment ten wprost wyjaśnia, dlaczego w starciu muszkieter -
husarz, to ten drugi okazywał się triumfatorem. Wyjaśnienia te,
jak widać znalazły uznanie i potwierdzenie wśród generałów
hiszpańskich.
Na zakończenie tej części, poświęconej
opisom strat odnoszonych od ognia piechoty przez jazdę, warto
przytoczyć straty jakie poniosła jazda polska w szczególnie
ciekawej bitwie. Mowa o bitwie pod Gniewem w 1626r., gdzie doszło
do starcia armii polskiej (w tym licznie reprezentowanej husarii),
ze zreformowaną armią szwedzką Gustawa Adolfa. Król szwedzki
zastosował tam nowy sposób walki ogniowej, który miał się
okazać znacznie groźniejszym i skuteczniejszym od stosowanego
wcześniej kontrmarszu. "Szarże ogniowe" (lub też
"szoki ogniowe"), polegały na tym, że salwę oddawało
jednocześnie 6 szeregów (a nie jak w przypadku kontrmarszu 1
szereg). Uzyskiwano to przez następujące uszykowanie piechoty:
żołnierze stawali w trzech rzędach (pierwszy rząd klęczał,
drugi był pochylony, trzeci w postawie całkowicie wyprostowanej,
tak że kolejne rzędy strzelały nad stojącymi przed nimi) a
dodatkowo zdwajano wszystkie szeregi (żołnierze z tylnych rzędów
wchodzili w puste przestrzenie w pierwszych 3 rzędach, czyli
stawali obok żołnierzy pierwszych rzędów). W ten sposób
wszyscy muszkieterowie byli w stanie oddać swój strzał jednocześnie.
Jak już wspomniałem okazało się to o wiele groźniejsze dla
szarżującej jazdy. Stąd też początkowo zaskoczeni nową
taktyką husarze, nie byli w stanie przełamać walczącej w ten
sposób piechoty (widać to w pierwszych dniach bitwy pod
Gniewem). W trakcie jednego z takich starć, na szarżujących
kilkukrotnie husarzy (mogło być tych szarż 3 lub więcej) spadł
grad pocisków 2 skwadronów piechoty i 6 dział (2 skwadrony
liczyły sobie 576 strzelców). Czyli do atakujących 600 husarzy,
wystrzelono przynajmniej 1700 pocisków muszkietowych i 18
kartaczy. Straty polskie wyniosły (wg 3 różnych pamiętników)
od 20 do 50 zabitych jeźdźców (przy czym trzeba podkreślić,
że straty te poniesiono nie tylko od ognia broni palnej, lecz także
w starciach z jazdą szwedzką do jakich dochodziło między szarżami
na piechotę). Wielkość tych strat była kompletnym zaskoczeniem
dla jazdy polskiej, która w dotychczasowych starciach z piechotą
szwedzką nigdy nie natrafiła na tak gęsty ogień (jak wyżej
napisano, stosowanie kontrmarszu wiązało się ze znacznie niższą
intensywnością prowadzonego ognia). Jednak obiektywnie patrząc
nawet ta liczba zabitych (przyjmijmy średnią 35 ludzi), jest
nadal dość niska (w porównaniu z liczbą wystrzelonych pocisków).
Można zatem sądzić, że to nie wielkość strat zadecydowała o
odparciu szarż, lecz raczej zaskoczenie i jego psychiczny efekt
(zetknięcia się z niespotykaną - w dotychczasowej praktyce -
wielkością tychże strat). Faktycznie bowiem, już w kolejnym
dniu tej samej bitwy, husaria będąc przygotowana psychicznie na
możliwość poniesienia znacznie większych strat, przełamuje
piechotę szwedzką.
Wszystko co wyżej napisano, a co
przytoczono za źródłami (pamiętnikami) z epoki poświadcza, że
broń palna nie była w stanie zadać atakującej husarii ciosu,
który byłby w stanie ją powstrzymać. Tyczy to się szczególnie
okresu przed reformami Gustawa Adolfa (tzn. do połowy lat 20-tych
XVIIw.), ale nawet te reformy mimo, że wprowadzały nową jakość
w działaniach piechoty, w żadnym wypadku nie przekreślały
szans jazdy na pokonanie tejże piechoty. Jazda od tego czasu
musiała po prostu liczyć się z większymi stratami.
Patrząc na tak zadziwiająco niską
skuteczność ognia piechoty, nie możemy nie zadać sobie pytania
skąd się ona brała. Zapoznajmy się więc z kilkoma faktami, które
będą pomocne w wyjaśnieniu tego zjawiska.
Maksymalny zasięg strzału, przy
którym można było prowadzić ogień, dla muszkietu wynosił ok.
250-300m (dla poprzednika muszkietu arkebuza tylko150-200m). Ale
ogień prowadzony z tej odległości był praktycznie marnowaniem
prochu. W praktyce oddawano więc strzał z odległości nie większej
niż 100 metrów. Czyli szarżująca jazda była rażona dopiero w
bezpośredniej odległości od piechoty, mogła więc dość
szybko to pole rażenia w czasie szarży pokonywać, a także dość
szybko z tego pola rażenia uciec. To po pierwsze. Innym powodem
niskiej skuteczności broni palnej, była jej niska celność.
Skąd się ona brała? Otóż:
1. Broń w tamtym czasie nie miała
gwintowanych luf (a precyzyjniej - znano już gwintowaną broń
palną, ale jej bardzo obniżona - w stosunku do niegwintowanej -
szybkostrzelność, powodowała, że używano jej tylko w celach
specjalnych np. jako karabinów wyborowych). Gwint zaś nadaje
wystrzeliwanemu pociskowi ruch obrotowy, stabilizując z kolei
ruch postępowy. Pocisk nie koziołkuje i utrzymuje trajektorię
(którą można wtedy dość precyzyjnie wyznaczyć).
2. Broń nie miała urządzeń
celujących. Celowano "po lufie". Trudno się zresztą
temu dziwić zważywszy na niestabilność toru lotu pocisku, ale
jeszcze ważniejszy powód dla którego nie stosowano celowników
podano poniżej.
3. Ładunek prochowy był
odmierzany ręcznie (a zatem nieprecyzyjnie), a jego jakość bywała
bardzo rozmaita (i nieprzewidywalna). W związku z tym raz wsypano
w lufę więcej, raz mniej, a efekt był taki, że kula była
wystrzeliwana z różną energią (prędkość początkowa kuli ma
zaś decydujący wpływ na tor jej lotu - czyli celność). Sama
zaś kula także nie była za każdym razem idealnie taka sama
(odlewano ją sobie za pomocą podręcznych foremek - matryc).
Nawet taki czynnik jak pogoda miał wpływ na celność strzału
(nasączone wilgocią prochy jeżeli już się zapaliły, to miały
gorsze właściwości niż suche).
4. Strzelanie do kawalerii (mimo,
że jest to cel dość duży) nie jest wcale takie łatwe. Szybkość
bowiem z jaką porusza się jazda czyni z niej trudny obiekt do
trafienia. Łatwo jest strzelić za wysoko lub za blisko (nisko).
5. Strzelaniu z dawnej broni palnej
towarzyszył znaczny odrzut. Był on dużo większy niż przy współczesnej
broni, gdyż wielkość ładunku prochowego wielokrotnie
przekraczała obecnie stosowany. Odrzut zaś powoduje podrzut lufy
przy strzale co sprawia, że pocisk nie wylatuje dokładnie w tym
kierunku, gdzie celował strzelec (co jest szczególnie ważne
przy długich lufach ówcześnie stosowanych).
6. Broń ówczesna miała krzywo
nawiercane lufy; w niektórych - oryginalnych, znajdujących się
w muzeach eksponatach - stwierdza się nawet 3mm odchylenie niewspółosiowości
otworów
7. Nieumiejętnie wkręcony lont w
broni lontowej (a taka była powszechnie stosowana w tym okresie)
może się zawinąć podczas strzału. Wtedy strzał następuje
nawet po dość długim czasie (lont musi się dopalić do miejsca
w którym jest proch na panewce). Przedłuża to strzał a
jednocześnie zmusza strzelającego do stałego wodzenia lufą za
ruchomym celem
8. Przy strzelaniu z broni lontowej
istnieje pewna bezwładność strzału. Od chwili naciśnięcia
spustu, do chwili zapalenia prochu na panewce mija pewien czas. Jeśli
w tym czasie cel się porusza, to strzelec zmuszony jest wodzić
za nim lufą, aż odpali się proch wyrzucający pocisk. Jest to
szczególnie trudne, jeśli cel porusza się szybko i pod kątem
do strzelającego (przypomnij sobie efekt bocznej salwy opisywany
przez Paska)
Oczywiście część z tych słabości
broni palnej dobry strzelec może kompensować. Jeśli np.
muszkiet ma niewspółosiowy otwór, to zawsze kula znosi w jedną
stronę. Wiedząc o tym można brać na to poprawkę itd. Ale jest
to z pewnością utrudnienie w chwili przeżywania ekstremalnych
emocji (a z takimi mamy przecież do czynienia podczas bitwy, czy
- szczególnie - szarży). I tu przechodzimy do elementu mającego
wpływ na celność, którego w żaden sposób nie można pominąć.
Chodzi o psychikę człowieka. Czym innym jest przecież
strzelanie do tarczy na strzelnicy, gdzie możemy osiągać nawet
znakomite rezultaty, a czym innym w chwili ekstremalnego napięcia
psychicznego. Spójrzmy chociażby na koszykarzy (czy piłkarzy).
W czasie treningów rzadko zdarza się aby dobry koszykarz nie
wrzucił rzutu osobistego (piłkarz - strzelił karnego), ale w
prawdziwym meczu, gdzie emocje odgrywają niebagatelną rolę, jakże
często rzut osobisty (czy karny) kończy się pudłem. A przecież
to tylko mecz, nie walka na śmierć i życie, a koszykarze (piłkarze,
czy inni sportowcy) mają okazję zdecydowanie częściej do
zmierzenia się ze swoimi emocjami (czyli do nauczenia się ich
kontroli). Żołnierz, który może po raz pierwszy znalazł się
na polu bitwy, który nigdy nie doświadczył tak skrajnych
emocji, jak szarża jazdy, nie zawsze jest w stanie (a raczej
prawie nigdy nie jest w stanie) zapanować nad swoją psychiką. Aż
po ostatnie chwile istnienia jazdy jako siły zbrojnej, zdarzały
się przypadki porzucania broni i bezładnej ucieczki piechoty na
sam tylko widok szarży jazdy. Świadczy to o sile emocji jakim
podlega człowiek. W muzeach polskich znajdują się eksponaty
dawnej broni palnej, z której muzealnicy wydobywali nawet do 7
pocisków ładowanych kolejno po sobie. Nie ma innego wytłumaczenia
na ten fakt, jak tylko taki, że strzelec nie zauważył, że jego
broń nie wypaliła i ładował następny ładunek (gdyby tak te 7
pocisków w końcu odpaliło, skończyłoby się to niewątpliwie
rozerwaniem lufy i śmiercią strzelca). Ale jak można nie zauważyć,
że muszkiet nie wypalił? Samo tłumaczenie hałasem bitewnym
(tzn. nie usłyszeniem własnego wystrzału), czy dymem zasnuwającym
pobojowisko (a więc niedostrzeżeniem dymu wydobywającego się z
własnej lufy przy strzale), nie może tłumaczyć tego faktu.
Strzelec może przecież stwierdzić wystrzelenie własnej broni
chociażby poprzez odrzut, który oddziałuje na jego ramię.
Dlaczego więc żołnierz obsługujący tą broń nie zauważył
niewypału? Jedynym wytłumaczeniem jest odwołanie się do
czynnika psychicznego, do chwilowego zaćmienia umysłu, odbierającego
nie tylko zdolność logicznego rozumowania. Czy więc w tym świetle
dziwić się można faktowi, że podlegający tak skrajnym emocjom
ludzie celują znacznie gorzej niż w warunkach niebojowych?
Wszystkie te nakładające się na
siebie przyczyny powodowały, że celność była taka a nie inna.
Co więcej. Nie dość, że żeby trafić trzeba było strzelać z
małej odległości, to jeszcze ilość niewypałów była (jak na
dzisiejsze normy) dość wysoka. Przeprowadzane obecnie strzelania
z dawnych broni palnych (czy też ich replik) wykazują
kilkuprocentowe ilości niewypałów. Są to jednak dane odnoszące
się do warunków "cieplarnianych", gdzie każdy strzał
można spokojnie i odpowiednio przygotować. W warunkach bojowych
nie było już tak "różowo". Śpiesząc się bowiem ładowano
mniej dokładnie, co z pewnością powodowało jeszcze większą
liczbę niewypałów.
W omawianych czasach doskonale
zdawano sobie z tego sprawę i dowództwo liczyło najbardziej na
efekt pierwszego wystrzału (pierwszy ładunek był bowiem
starannie nabity przed starciem) wiedząc, że kolejne salwy będą
o wiele słabsze. Wracając do atakującej husarii. Ogień do niej
prowadzony był z odległości mniejszej niż 100m (wskazują na
to m.in. regulaminy piechoty). O konieczności prowadzenia ognia z
takiej a nie większej odległości była już mowa. Ale dlaczego
nie "przypuścić" husarii bliżej, nie strzelić
"na pewniaka"? Piechota nie mogła sobie na to pozwolić,
bo gdyby ta najważniejsza salwa nie zatrzymała kawalerii
(niekoniecznie husarii), to jej los byłby przesądzony. Musiała
więc mieć czas na ukrycie się za pikinierów. Ile tego czasu było
potrzeba? Biorąc pod uwagę fakt, że szeregi oddawały salwę co
20 sek., można przyjąć, że czas potrzebny na powrót szeregu
do szyku (lub też wysunięcie się przed nich pikinierów) wynosił
8-10sek., dodając jeszcze margines 2-4sek. można określić
odległość dzielącą regiment piechoty od husarii na ok.75m.
Husaria zaś właśnie czekała na moment, w którym piechota wyda
salwę, aby dopiero wtedy zewrzeć szeregi (luźny szyk był
potrzebny aby wyminąć padających od salwy). Zauważmy - w odległości
75m od piechoty husaria utrzymuje szyk luźny (z 4m odstępem).
Utrudnia to celowanie piechocie a jednocześnie wystawia na ogień
tylko pierwszy szereg. Pamiętając także, że front chorągwi
przed ścieśnieniem ma 200m a piechoty 100m, wystawia na ogień
jedynie 1/2 pierwszego szeregu (a więc nie 50 husarzy lecz tylko
25). Jest to więc kolejny, ostatni już element zmniejszający
skuteczność ognia piechoty.
Oprócz omówienia sposobu
przeprowadzenia samej szarży warto by zapoznać się także ze
sposobami współdziałania większych grup kawalerii. Otóż
wszystkie dane dowodzą, że chorągwie jazdy szykowano w kilku
rzutach w szachownicę tak, że tylne rzuty ustawiały się w
przerwach miedzy chorągwiami pierwszego rzutu. Dawało to możliwość
wspierania pierwszego rzutu (bez dezorganizacji całego szyku),
umożliwiało mu sprawne wycofanie się itp. Całość szyku była
przez to bardzo elastyczna i pozwalała na odpowiednie współdziałanie
mas wojska. Bywało też bowiem i tak, że pierwsza szarża nie
przełamywała pozycji nieprzyjaciela. Wtedy chorągwie wycofywały
się dla przegrupowania, uzupełnienia broni (kopie) i po chwili
odpoczynku szarżowały ponownie. W tym czasie drugi (i kolejne)
rzuty wojsk nie pozwalały na uporządkowanie szyków
przeciwnikowi. Takie "falowe" ponawianie ataków było
przeprowadzane aż do całkowitego przełamania pozycji wroga.
Podsumowując można stwierdzić,
że piechota próbująca powstrzymać szarżę husarii przez
kontrmarsz była skazana na porażkę. A o tym co się działo,
gdy husaria dobierała się do jej szeregów - świadczą liczby
poległych w poszczególnych bitwach. Rozbicie osłony z pikinierów
nieodłącznie prowadziło bowiem do pójścia w rozsypkę całego
ugrupowania. Nie ma zaś gorszej rzeczy (dla piechoty), jak
paniczna ucieczka przed jazdą. Nieodmiennie kończy się ona
rzezią uciekających.
Jednakże nie z samą tylko piechotą
zachodnioeuropejską przychodziło potykać się husarii. Pozostając
jeszcze przy piechocie, należy wspomnieć i o innych jej
formacjach. Piechota typu wschodniego (chodzi przede wszystkim o
janczarów), była także częstym przeciwnikiem husarii. Lecz
mimo, że w pewnych okresach (w XV i 1 poł. XVIw.) należała do
najgroźniejszych i najlepiej wyszkolonych w Europie, to z czasem
jej wartość bojowa zmniejszyła się (wiąże się to w ogóle z
upadkiem wojskowości tureckiej) i choć nadal groźna, nie przewyższała
ona piechoty zachodniej.
Pozostaje jeszcze omówić sposób
walki z Kozakami Zaporoskimi. Kozacy - będąc nominalnie
poddanymi Rzeczposolitej - wszczynali przeciw niej liczne bunty
(od przełomu XVI i XVIIw.). Ich sposób walki bazował głównie
na wykorzystaniu taboru. Tabor stanowił dla nich ruchomy punkt
oporu, z którego mogli razić przeciwnika bronią palną (Kozacy
znani byli z doskonałych umiejętności strzeleckich). Sam tabor
(powstały ze spiętych wozów), był jednak podatny na ogień
armat. Do jego zdobycia najlepiej służyła piechota (wsparta
silnym ogniem dział). Ale piechoty najczęściej było niewiele
więc jazda musiała sobie sama jakoś z nim radzić. Wykorzystywała
do tego swoją ruchliwość i przewagę w polu. Blokowała tabor
(uniemożliwiając zaopatrzenie w żywność) i zmuszała w ten
sposób obrońców do kapitulacji. Kozacy nie mogli bowiem nawet
próbować zmierzyć się z husarią (czy w ogóle z jazdą polską)
w otwartym polu. W takiej konfrontacji byli z góry skazani na
porażkę.
*
Skoro zapoznaliśmy się ze
sposobami walki husarii z piechotą, czas przyjrzeć się jeździe.
Jazda zachodnioeuropejska jak już wcześniej było napomniane,
utraciła w XVIw. charakter wojsk przełamania. Nie mogąc poradzić
sobie z piechotą stała się bronią pomocniczą. Do jej zadań
należało np. patrolowanie terenu, zwiad, przecinanie linii
zaopatrzenia wroga, walka z wrogą kawalerią itp. Na polu bitwy
stosowała taktykę ogniową podobną do kontrmarszu w piechocie.
Karakol - bo o nim mowa polegał na podjechaniu całym
ugrupowaniem do wroga i oddawaniem salw z krótkiej broni palnej
poszczególnymi szeregami. W warunkach zachodnioeuropejskich
przynosiło to pewne efekty. Rajtarzy - jeden z typów jazdy
strzelczej jaki w tym czasie wyewoluował na Zachodzie -
uszykowani w głębokim, kilkunastoszeregowym szyku, zasypując
piechotę ogniem broni palnej, czynili wyłom w jej szykach. Wyłom
ten następnie pogłębiano atakiem na broń białą. Takie
systematyczne działanie mogło być prowadzone tylko wtedy, gdy
charakter przeciwnika na to pozwalał. Gdy wróg spokojnie stał i
co najwyżej odstrzeliwał się. Taki charakter miały wojska
zachodnioeuropejskie, ale nie polskie, gdzie głównym czynnikiem
walki była impetyczna, przeprowadzona na białą broń szarża. W
zetknięciu z jazdą polską (a już szczególnie z husarią) ta
taktyka prowadziła tylko do sromotnych porażek. Największą siłą
jazdy jest umiejętność przeprowadzenia szarży na białą broń
- tej siły jazda zachodnia została pozbawiona. Ale z czasem i na
Zachodzie zdano sobie sprawę z faktu, że ich taktyka walki zabrnęła
w ślepą uliczkę. Miała na to wpływ głównie husaria (i jej
efektowne zwycięstwa w walkach ze Szwedami w Inflantach na początku
XVIIw.). Początkowo Szwedzi (od reform króla szwedzkiego Gustawa
Adolfa w latach 20-tych XVIIw.), później inne kraje europejskie
(głównie za przyczyną wojny 30-to letniej), zmieniły sposób
walki własnej konnicy. Nigdy jednak poziomem wyszkolenia i możliwościami
bojowymi nie dorównały one jeździe polskiej (w XVIIw.). Świadczą
o tym rozliczne bitwy, jak choćby pod Trzcianą (w 1629r.), gdzie
zreformowana armia szwedzka (notabene taktykę jazdy szwedzkiej
starał się Gustaw Adolf wzorować na polskiej), dowodzona przez
tegoż Gustawa Adolfa (uznawanego za jednego z najlepszych wodzów
tamtej epoki), musiała skapitulować w obliczu ataków polskiej
husarii.
Przejdźmy z kolei na wschód
Europy. W kilku słowach scharakteryzujmy jazdę w poszczególnych
państwach. W Rosji jazda potrafiła szarżować na białą broń
(w czym jak widać nie poszła w ślady zachodu), lecz mimo że
walczyła często z zapałem i dużym poświęceniem, nie stosowała
praktycznie żadnych szyków. Uderzała w luźnym ugrupowaniu i
tak się biła. Dodatkowo słabe jej uzbrojenie ochronne narażało
ją na większe straty. Husaria nie miała z nią specjalnie większych
problemów, górując wyszkoleniem indywidualnym i grupowym,
uzbrojeniem zaczepnym (kopia) i obronnym (zbroja).
Jazda
tatarska z kolei była bardzo groźnym przeciwnikiem. Mimo braku
uzbrojenia obronnego, uzbrojona często tylko w łuki, stosowała
bardzo skuteczną taktykę. Wypracowana jeszcze za czasów Czyngis-
chana opierała się na wykorzystaniu manewru i zasadzek. Polegało
to na tym, że wydzielona grupa podjeżdżała pod ugrupowanie
nieprzyjaciela, zasypując je strzałami. Następnie pozorowała
ucieczkę. Prowokowała w ten sposób pościg, który naprowadzał
przeciwnika na siły główne ukryte w zasadzce. Uderzenie ze
skrzydeł przeważających sił tatarskich na rozluźnione w pościgu
szeregi nieprzyjaciela wraz z atakiem od czoła (tych którzy
pozorowali ucieczkę), kończył się klęską ścigających.
Oczywiście w państwach mających przez dłuższy czas styczność
z Tatarami zdawano sobie sprawę z metod ich walki. Ale nawet
wtedy kiedy np. nie dano wciągnąć się w zasadzkę, jazda
tatarska stanowiła duże zagrożenie. Podpadając pod ugrupowanie
nieprzyjaciela i zasypując go strzałami, czyniąc odwrót i
znowu nawracając - powodowała duże straty w szykach wroga. Było
to możliwe z dwóch powodów. Po pierwsze Tatarzy byli jazdą
lekką, na rączych i wytrzymałych koniach. Mogli podjeżdżać
pod wroga bez zbytniej obawy pościgu z jego strony (jedynie równie
lekki jeździec na dobrym koniu mógł ich próbować dogonić).
Po drugie - łuki są bronią bardzo szybkostrzelną (nawet 10
strzałów na minutę). Cała ława tatarska (bo tak się nazywał
szyk przez nich stosowany, przypominający lekko wygięty półksiężyc)
mogła więc w krótkim czasie wysłać na wroga wiele pocisków,
które jeśli nie raziły ich samych, to przynajmniej pozbawiały
koni. Jak więc z nimi walczono? Generalnie starano się
wykorzystać siłę ognia, na który Tatarzy byli bardzo wrażliwi.
Po drugie starano się zachować szyk zwarty uniemożliwiający
"szarpanie" (tak przez Tatarów ulubione). Po trzecie
nie pozwalano na "obskoczenie" przez jazdę tatarską
tzn. dbano o szczególnie wrażliwe skrzydła i tyły ugrupowania.
W bezpośredniej walce wręcz, Tatarzy ustępowali Polakom, którzy
mieli lepszą broń i lepsze uzbrojenie ochronne, lecz cała
sztuka polegała na tym aby doprowadzić do bezpośredniego
starcia. Tatarzy bowiem cechowali się niezwykłą lotnością i
podejmowali walkę tylko wtedy kiedy mieli wielokrotną przewagę
liczebną, lub byli do niej zmuszeni np. obawiając się utraty
zagrabionych łupów i pojmanego jasyru, z którym nie mogli
poruszać się równie szybko jak bez niego. Jak więc w takim świetle
wygląda konfrontacja husarii z jazdą tatarską? Husaria mając
wieloletnie doświadczenia w walkach z nimi, nabrała dość dużej
wprawy w jej zwalczaniu. Jak już wcześniej jednak wspomniano,
największą sztuką było zmusić Tatarów do przyjęcia bitwy. W
samym starciu husaria nie używała kopii, które w walkach z tą
jazdą powodowały tylko niepotrzebne obciążenie koni. Starano
się za to używać broni palnej, którą każdy husarz woził w
olstrach (pistolety) jak i w wozach taborowych (broń długa np.
muszkiety). Dobre konie husarskie pozwalały także (mimo ich
znacznego obciążenia) na próbę pościgu.
Pozostaje jeszcze Turcja. Jazda w
tym kraju miała świetne tradycje kawaleryjskie, używała
znakomitych koni (bardzo w Polsce cenionych), była dobrze
wyszkolona w walce indywidualnej, używała także uzbrojenia
ochronnego (choć nie cała jazda, tylko niektóre formacje).
Bronią zaczepną był łuk, szabla, krótka kopia (czy też
raczej lanca), czasem dziryt. W sumie reprezentowała wysoki
poziom (o niebo wyższy niż jazda zachodnioeuropejska; Austria
np. do walk z Turkami szczególnie chętnie wynajmowała jazdę
polską). Husaria górowała nad nią głównie siłą uderzeniową.
Długie husarskie kopie pozwalały na obalenie przeciwnika zanim
dosięgnęła ją jego broń. Zwarty szyk chorągwi husarskiej
(choć nie tak zwarty jak przy ataku na piechotę), był
skuteczniejszy od luźnego ugrupowania nieprzyjaciela, zbroja
husarska stanowiła lepszą ochronę a indywidualne wyszkolenie
husarzy było przynajmniej równie wysokie jak jeźdźców
tureckich.
Bibligrafia:
Bibligrafia: "Husaria" Jerzy Cichowski, Andrzej Szulczyński
"Bitwa pod Gniewem (22.IX-29.IX-1.X 1626)"
Jerzy Teodorczyk - artykuł zamieszczony w "Studiach i
materiałach do historii wojskowości" t.12 "Nowe poglądy
na bitwę ze Szwedami pod Gniewem w 1626 r."
Jan Seredyka - artykuł zamieszczony w "Zapiskach
historycznych" t.34 zeszyt 2
"Historia piechoty polskiej do roku 1864" Jan Wimmer
"Chanat Krymski" Leszek Podhorodecki
"Obraz dworów europejskich na pocz. XVIIw.", S.Pac
"Pamiętniki" J.Ch.Pasek
|