now@ on-line  czerwiec  2002

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


w tym wydaniu: 

Mariusz Dastych:

Krzysztof Jakubowski:

Zbyszek Koreywo:

Maciej Korkuć:

czerwone szwadrony śmierci

Józef Krenz:

siekacz

Radom 1976

Radosław Sikora:

Marcin Zaręba:

 

Mariusz D. Dastych

9 miesięcy po 11 września 2001

Z kim ta wojna?

Dziewięć miesięcy świat nosi w łonie nienarodzony płód. Owoc terroru, strachu i grozy tamtego dnia, ale też owoc niezwykłego męstwa, poświęcenia i solidarności tak wielu ludzi, którzy odpowiedzieli na tragedię 11 Września. Nadszedł czas, kiedy dojrzewają decyzje, które mogą wpłynąć na losy nas wszystkich. Ich symboliczny „poród” nie będzie łatwy, bo tak naprawdę nie wiemy, co się urodzi.

Po 11 września 2001, sztab generalny wszelkich planów i działań znajduje się w Ameryce. To zrozumiałe, gdyż to Stany Zjednoczone Ameryki zostały zaatakowane i to rząd i naród amerykański miały być upokorzone. Ale zamiast paść na kolana, Amerykanie szybko otrząsnęli się z szoku, jaki wywołał widok walących się wież WTC i płonącego Pentagonu. Nie nastąpił też ślepy odwet. Terroryści-samobójcy zginęli w porwanych samolotach. Życia niewinnych ofiar nikt nie wróci. Co prawda muzułmanie, których jest w USA prawie 7 milionów i są obecnie najszybciej rosnącą grupą wyznaniową w Stanach Zjednoczonych, odczuli żal i niechęć społeczeństwa, ale nikt ich nie prześladuje. Minęło sporo czasu zanim z zakrojonego na ogromną skalę śledztwa wyłonił się pierwszy obraz wroga: islamskiej organizacji al.-Kaida, kierowanej przez saudyjskiego szejka Osamę bin Ladena z Afganistanu. Jednak do dziś nie ma stuprocentowej pewności, że to on zaplanował ataki, choć wiadomo, że cieszył się z nich i usprawiedliwiał je.

Prezydent Bush i rząd USA, deklarując bezpardonową wojnę z terroryzmem dokonali głębokiego zwrotu w dotychczasowej polityce amerykańskiej, która traktowała terroryzm jako zjawisko kryminalne, jako swoisty margines, z którym trzeba walczyć zgodnie z prawem – wpierw udowodnić winę, a potem karać. 11 września pokazał, nie tylko Ameryce ale i światu, że terroryzm może być ideologią, a nawet skrajną interpretacją religii. Poza tym, jest to zjawisko o wiele szersze, obejmujące kilkadziesiąt krajów na kilku kontynentach. Ogniwem łączącym różnorodne organizacje i grupy jest ortodoksyjna interpretacja Świętego Koranu i zadawniona nienawiść do świata Zachodu, którego główną potęgą i symbolem jest Ameryka.

Można zapytać: „gdzie Rzym, gdzie Krym?” – lub co uczynił Ameryce Afganistan, że po 11 września 2001 roku USA wydały temu krajowi wojnę? Oczywiście Afganistan, jego mieszkańcy, nic złego Amerykanom nie uczynili. USA wypowiedziały wojnę nie Afganistanowi, lecz fanatycznemu reżimowi Talibów, którzy opanowali ten biedny i zrujnowany wojną kraj w 1996 roku i uczynili z niego jedną z głównych baz islamskiego terroryzmu. W górzystym kraju, gdzie „Diabeł mówi dobranoc”, osiadł też Osama bin Laden ze swoją arabską gwardią. W zamian za wsparcie finansowe dla przywódcy Talibów, mułly Mohammeda Omara, ten samozwańczy „mesjasz” islamizmu otrzymał wyśmienity teren i warunki dla szkolenia bojowników, rozsyłanych potem na cały świat. Przez kilka lat przez obozy al.-Kaidy w Afganistanie przeszło kilkadziesiąt tysięcy młodych ludzi, nawet dzieci, szkolonych tam do walki z „Szatanem” Zachodu i jego muzułmańskimi poplecznikami. Życie fedaina niewiele jest warte. Za to poświęcenie dla wiary zasługuje na wieczną nagrodę w Raju. Kiedy kilka grup zamachowców przygotowywało się do porwania samolotów w Stanach i użycia ich jako nowej broni, tylko niektórzy z nich znali cele, w które mieli uderzyć. I tylko oni wiedzieli, że czeka ich śmierć. Takie duchowe przygotowanie, dała im nauka religii w medresach islamistów. Reszty dopełniło szkolenie w Afganistanie i...w amerykańskiej szkole pilotażu.

Wojna w Afganistanie przeciwko Talibom i bojownikom al.-Kaidy nie była więc ślepym odwetem za bezprecedensowy atak na Amerykę. Rząd Stanów Zjednoczonych postanowił wpierw uderzyć na niewątpliwie najważniejszą bazę islamskiego terroryzmu. Gdyby Talibowie nie korzystali z poparcia Osamy bin Ladena i nie zezwalali mu na swoisty sposób szerzenia wiary – przez organizowanie zamachów terrorystycznych – zapewne ich reżim miałby spokój i dłuższe trwanie. Po zwycięstwie nad ZSRR w wojnie afgańskiej lat 80-tych, do którego walnie przyczyniły się brygady fedainów wspierane wówczas przez Pakistan i USA, pozostawiono ten kraj samemu sobie. Opanowali go Talibowie – uczniowie szkół koranicznych -, tworząc tam swoje „Boże Królestwo”, które dzielili z fedainami Osamy. Z Afganistanu wyszło więc największe zagrożenie: stał się wylęgarnią islamskiego terroryzmu, którego ideologią jest święta wojna (jihad) przeciwko niewiernym. Zmiana strategii w walce z terroryzmem, zademonstrowana przez USA w Afganistanie, polega na tym, że akty terroru nie są już tylko pospolitym przestępstwem, a stały się zagrożeniem dla bezpieczeństwa narodowego, na które trzeba odpowiadać siłą, także wojną. Walka z terroryzmem nie sprowadza się już do aresztowania i karania bezpośrednich sprawców. Akcja policyjna, wywiadowcza czy atak militarny są wymierzone w ośrodki kierownicze, w inspiratorów zamachów, także w państwa i reżimy udzielające terrorystom wsparcia, gościny lub pomocy. Dlatego wojna w Afganistanie była uzasadniona. Została wygrana – ale czy do końca? Podobno Osama bin Laden i mułla Mohammed Omar nadal żyją, organizując opór na pograniczu pakistańsko-afgańskim (12 czerwca br. ukazał się wywiad z mułłą Omarem w rosyjskim tygodniku "Argumenty i Fakty"). Kolejne operacje militarne (amerykańskie, brytyjskie) grzęzną w trudno dostępnych górach. Tymczasem zagrożenie dalszymi zamachami ze strony al.-Kaidy coraz szerzej obejmuje Stany Zjednoczone i ich sojuszników. W tej sytuacji niezmiernie ważne, poza zapewnieniem bezpieczeństwa obywatelom, staje się określenie kto jest wrogiem i z kim prowadzimy wojnę. Doświadczenia ostatnich 9 miesięcy, spory na temat celów wojny z terroryzmem i wyznaczania jej następnych etapów, wreszcie swoista „inflacja” ostrzeżeń przed prawdziwym czy rzekomym niebezpieczeństwem terroryzmu (także biologicznym, chemicznym i nuklearnym) prowadzą do wniosku, że w tej wojnie nie wszystko jest jasne. Dlatego warto spojrzeć wstecz i dostrzec historyczne przyczyny obecnej fali terroryzmu. Uświadomić sobie, gdzie tkwią korzenie konfrontacji islamu z judeo-chrześcijańskim Zachodem, która wykracza poza ramy religijnego czy ideologicznego sporu i – jak można sądzić – staje się gwałtownym zderzeniem odmiennych kultur i cywilizacji, którego skrajnym objawem jest terroryzm.

Spirala nienawiści

do wszystkiego, co symbolizuje Zachód, narasta od co najmniej 80 lat. Pisze o tym amerykański znawca świata arabskiego Dr. Daniel Pipes w eseju, który stanowi część bardzo ciekawej książki pt. „Nasz dzielny, nowy świat: Eseje na temat wpływu 11 września”1/ : „W pojedynku na oświadczenia wydane 7 października, w dniu rozpoczęcia wojny w Afganistanie, Prezydent George W. Bush i Osama bin Laden dali przykład kontrastujących poglądów. Kiedy pierwszy odniósł się do „niespodziewanego terroru”, który spadł na Stany Zjednoczone zaledwie 27 dni temu, drugi przypomniał, że świat muzułmański doświadczał z rąk Amerykanów „upokorzeń i hańby” przez ponad 80 lat, przez co wielu jego synów ginęło a świętości Islamu były profanowane”. O ile stanowisko prezydenta USA jest dla nas jasne i zrozumiałe, to zarzuty postawione Ameryce przez Osamę bin Ladena budzą co najmniej zdziwienie. Tymczasem są one wyrazem poglądów bardzo dziś popularnych w krajach arabskich i muzułmańskich. Gniew i frustracja muzułmanów mają zadawnione korzenie. Od zarania religii Islamu w VII wieku n.e. przez prawie 1000 lat muzułmanie odnosili same sukcesy – zbudowali potęgę, podbili ogromne obszary, stworzyli bogatą cywilizację przodującą w ówczesnej nauce, szerzącą oświatę, wspaniałą architekturę, wiedzę medyczną itp. I uważali, że osiągnięcia te są darem od Boga, który im się należy. Ale potem, około roku 1800, sprawy potoczyły się źle. Świat muzułmański stanął w miejscu lub nawet uwstecznił się, podczas gdy potęga, bogactwo, medycyna, oświata i technika stały się wyłączną domeną Zachodu - wpierw zacofanej w Średniowieczu Europy, potem także Nowego Świata – Ameryki, a w końcu również wielu krajów azjatyckiego Wschodu. Wielu muzułmanów zadawało sobie pytanie: „Jeśli Islam przynosi łaski Boskie, to dlaczego my, muzułmanie, tak marnie sobie radzimy?” Poczucie utraty wysokiej niegdyś pozycji, upokorzenia, prawdziwe i rzekome krzywdy doznane od prężnej cywilizacji Zachodu spowodowały, że w wielu krajach arabskich i muzułmańskich powstały silne nastroje wrogości i potępienia Zachodu. Muzułmanie sięgnęli po najskrajniejsze ideologie, jak (importowane z tegoż Zachodu) faszyzm i komunizm i wytworzyli własne – panarabizm czy pansyrianizm. Każdy z tych ruchów społecznych i politycznych potwierdzał sens przekonania, że Zachód jest ich wrogiem. I nie zmienił tego przekonania fakt, że niektóre państwa arabskie (kraje naftowe), czy muzułmańskie (np. Malezja, Sułtanat Brunei) osiągnęły dziś wysoki poziom bogactwa i rozwoju. Bo rozwój jest nierównomierny, a bogactwa – niesprawiedliwie dzielone. Ponadto wiele państw muzułmańskich jest nadal rządzonych przez oligarchiczne monarchie (jak Arabia Saudyjska, Kuwejt, Zjednoczone Emiraty Arabskie) lub przez reżimy totalitarne (Irak, Libia, Syria). „W dzisiejszych czasach – jak pisze Daniel Pipes – najsilniejszym wyrazicielem takich emocji i przekonań jest wojujący Islam (znany także pod nazwą islamizmu). Jest to ruch polityczny, który czerpie z religii Islamu i przekształca ją w podstawę ideologii totalitarnej, czerpiąc wiele z jej poprzednich wersji – faszyzmu czy marksizmu-leninizmu. Podobnie jak te doktryny, islamizm dąży do zastąpienia kapitalizmu i liberalizmu jako systemu panującego na świecie. Przesłanie wojującego Islamu trafia do muzułmanów opanowanych nienawiścią do Zachodu, zamieszkujących wiele krajów świata, także do tych, którzy żyją na Zachodzie.” Do rozważań Dr. Pipesa dodam jeszcze jeden aspekt: wojujący Islam ożywił dawno zapomniane w świecie Zachodu pojęcie wojny religijnej, która służy rozpowszechnianiu wiary „jedynie słusznej”.

Gdzie Rzym, gdzie Krym, gdzie Polska...

Tyrady islamistów na temat „współczesnych Krzyżowców”, pragnących zniszczyć Islam, wydają się nam w Polsce anachroniczne i pozbawione sensu. Dla przeważnie chrześcijańskiej Europy wyprawy krzyżowe to zamierzchła przeszłość, podobnie jak najazdy Mongołów i Tatarów i ostatnia wielka wyprawa Turków na Europę, zakończona klęską ich armii pod Wiedniem (1683), a zwycięstwem naszego króla – Jana III Sobieskiego, który (przypomnijmy) wcześniej (1666) jako hetman polny pobił przeważających liczebnie Tatarów pod Pohajcami, a po serii klęsk, rozgromił Turków pod Chocimiem (w roku 1673). Polacy mogą sobie przypisać niejedno zwycięstwo nad wojownikami Islamu, w obronie wiary chrześcijańskiej i całej Europy, ale nie byli Krzyżowcami i nie odbierali muzułmanom ich ziem, nawet tych zdobycznych. Jeśli dzisiaj jesteśmy zaliczani przez wojujący Islam do „Krzyżowców”, to jest to nieporozumienie i brak znajomości historii. Po 11 września 2001 roku znaleźliśmy się dobrowolnie w Koalicji Antyterrorystycznej, tworzonej przez Amerykanów. Wcześniej nasi żołnierze służyli w Siłach Pokojowych ONZ na Synaju (Egipt), a nadal pełnią służbę na Wzgórzach Golan (zajętych przez Izrael) i w muzułmańskiej Bośni. Do wojny przeciw terroryzmowi przystąpiliśmy, co prawda, późno – ale Wojsko Polskie wykonuje zadania w Afganistanie, ma być też w Kirgizstanie. W Kuwejcie działa jednostka specjalna GROM, a na wodach Zatoki Perskiej wkrótce pojawią się polscy marynarze i płetwonurcy. Nie mamy żadnych powodów, by nienawidzić Arabów, czy innych muzułmanów. Wielu Polaków pracowało i obecnie pracuje w krajach Islamu: np. w Iraku, Iranie, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, w Kuwejcie, w Libii, w Syrii czy w Libanie, w Turcji, a nawet w odległych państwach – Indonezji czy Malezji. Z innych powodów, nazwijmy to „historycznych”, ludność polska mieszka dość licznie w Kazachstanie. Muzułmańska Turcja udzielała schronienia polskim emigrantom w latach Zaborów, a Iran – w czasie II wojny światowej. Od wieków współżyjemy w Polsce z mniejszością muzułmańską (Tatarzy). Po II wojnie światowej PRL nie raz udzielała schronienia i azylu prześladowanym Arabom, Irańczykom czy innym wyznawcom Allaha. Trzeba też przyznać się do niechlubnych działań: w ramach proarabskiej polityki Bloku Sowieckiego chroniono i szkolono w PRL arabskich terrorystów, odpowiedzialnych za krwawe zamachy w Europie Zachodniej, czy w Izraelu. Dostarczaliśmy też broń i amunicję grupom terrorystycznym, np. w Libanie. Wydawało się, że polskie powiązania z terrorystami arabskimi czy islamskimi, czy też w ogóle z terrorystami na świecie (np. w Ameryce Łacińskiej) ustały - po upadku władzy komunistycznej w Polsce i w Związku Sowieckim. Tymczasem tak się nie stało. Po roku 1990, Polska stała się jednym z krajów pośredniczących w nielegalnym handlu bronią, sprzętem wojskowym i materiałami nuklearnymi. Także jednym u ulubionych miejsc spotkań terrorystów i ich dostawców z różnych stron świata. Istnieją poważne podstawy, by sądzić, że również międzynarodowa organizacja al.-Kaida korzystała z polskich pośredników dla zdobycia broni, materiałów wybuchowych i materiałów i produktów nuklearnych (w tym uranu i plutonu). Już na początku lat 90-tych działali w Polsce rezydenci organizacji terrorystycznych oraz nieoficjalni przedstawiciele niektórych państw arabskich, szukających dostępu do broni jądrowej, chemicznej i biologicznej z post-Sowieckich arsenałów. Kanały przemytu ze Wschodu prowadziły do Polski przez Litwę, Białoruś i Ukrainę, czasami także przez Słowację i Czechy. Przemytem zajmowały się organizacje kryminalne (mafie), ale także – co było szczególne groźne – polskie firmy handlowe, tworzone przez byłych funkcjonariuszy wywiadu MSW i WSI, którzy wykorzystywali swoje powiązania z byłymi służbami specjalnymi Związku Sowieckiego (GRU i KGB), służbami Rosji oraz z post-sowieckim kompleksem zbrojeniowym. Oczywiście, rządy i odpowiednie służby Rzeczypospolitej prowadziły i prowadzą walkę z tą przestępczą działalnością, współdziałając z Interpolem, Europolem i wywiadami państw NATO. Już po 11 września 2001 roku, kiedy Polska włączyła się do międzynarodowego śledztwa i ścigania terrorystów, okazało się, że niektórzy islamscy bojownicy z siatki al.-Kaida przebywali także w naszym kraju, nawiązując tu kontakty, bądź ukrywając się. Wykorzystywano też powiązania rodzinne z Polską.

Dla islamistów i ich organizacji Polska nie jest krajem ważnym, czy szczególnie wrogim. Ale udział w NATO i członkostwo w Sojuszu Antyterrorystycznym plasują Polskę i Polaków po stronie Ameryki („Wielkiego Szatana”) i całego Zachodu. Nasi żołnierze, agenci wywiadu, policjanci, anty-terroryści przebywający i wykonujący swoje zadania w krajach arabskich i muzułmańskich, ścigając terrorystów w Europie, czy gdziekolwiek na świecie – są na pierwszej linii wojny z wrogiem. Oni przede wszystkim są celem ataków, mogą zostać ranni lub zabici, w walce czy w skrytobójczych zamachach. Niebezpieczeństwo może grozić również ich rodzinom w Polsce i za granicą. Taka jest prawda. Dlatego Polacy powinni mieć świadomość kto jest ich wrogiem i z kim ta wojna.

11 czerwca 2002

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów        http://nowamedia.w.interia.pl