now@ on-line  maj  2002

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


w tym wydaniu: 

Mariusz Dastych:

Patryk Dole:

Krzysztof Kawalec:

Zbyszek Koreywo:

Krzysztof Mazowski:

pułapka

Roman Mazurkiewicz:

siedem pieczęci

Józef Piłsudski:

PiS:

Marek Rezler:

Marcin Urban:

 
 

Michał Wawryn

Chude lata prawicy

Odmienności pomiędzy prawicą a lewicą wymienić można wiele. W warunkach polskich dość niestandardową różnicę stanowi okoliczność, iż prawicy bardzo trudno wygrywać wybory, natomiast bardzo łatwo przegrywać, z kolei lewicy zwycięstwa wyborcze przychodzą stosunkowo łatwo, trudno zaś jej ponieść wyborczą porażkę.

Nic nie wskazywało na to, by w 2001 roku prawidłowość ta uległa zmianie. Wyniki wszelkich sondaży opinii publicznej przed zaplanowanymi na wrzesień wyborami parlamentarnymi pokazywały bowiem sromotną klęskę prawicy oraz zdecydowane zwycięstwo lewicy, utrzymującej od dłuższego czasu niezagrożoną pozycję lidera na polskiej scenie politycznej.

Taki stan rzeczy można oczywiście tłumaczyć faktem, że prawica od czterech lat rządziła krajem, podejmując szereg niepopularnych decyzji, a lewica pozostawała w opozycji. Wszak w wyborczych szrankach przed ugrupowaniem rządzącym zawsze stoi trudniejsze zadanie, gdyż to na jego barkach spoczywa odpowiedzialność za sytuację społeczno - gospodarczą państwa. Ponadto należy wziąć pod uwagę, że Polska jest jeszcze państwem "na dorobku", gdzie rządowi przychodzi zmagać się z poważnymi problemami społecznymi okresu transformacji ustrojowej. W tej sytuacji spadek notowań ekipy rządzącej wydaje się być czymś naturalnym.

Powyższe wytłumaczenie nie wyczerpuje jednak zasygnalizowanego problemu. Powodów do dalszych poszukiwań jego istoty dostarczają wyniki wyborcze lewicy, która w 1997 roku po czteroletnim okresie swoich rządów uzyskała prawie 28% głosów. W ten sposób nie tylko utrzymała, ale i poprawiła swój 20 procentowy wynik z 1993 roku o ponad 700 tysięcy głosów.

Co zatem powoduje, że lewicy jest łatwiej wygrywać wybory a prawicy trudniej?

Doświadczenia ostatnich lat pokazują, że społeczne oczekiwania wobec lewicy są skromniejsze niż wobec prawicy. W roku wyborczym 2001 wymagania względem lewicy sprowadzały się w zasadzie do tego, by nowy rząd i tworzący go obóz polityczny nie był targany wewnętrznymi konfliktami (którymi prawica karmiła opinię publiczną zarówno w okresie 1989-1993 jak i 1997-2001) oraz by dokonano korekt do wprowadzonych w 1999 roku czterech reform i zmniejszono rosnące bezrobocie. Tak nisko ustawiona poprzeczka oczekiwań wobec dochodzącej do władzy lewicy gwarantuje jej spokojny raczej byt podczas sprawowania władzy w państwie a zatem również potencjalny bardzo dobry wynik wyborczy po zakończeniu następnej kadencji parlamentu w 2005 roku. Trudno będzie bowiem lewicy nie spełnić dwóch pierwszych postulatów. Problemy mogą się pojawić jedynie w kwestii walki z bezrobociem.

Wymagania wobec prawicy są natomiast dużo większe a każdorazowa niemożność ich realizacji prowadzi zawsze do wyborczej klęski. W związku z tym lewica zawsze dochodzi do władzy w atmosferze zniechęcenia i rozczarowania prawicą, z zadaniem posprzątania bałaganu pozostawionego przez tą ostatnią i uporządkowania spraw państwa. Niski poziom oczekiwań wobec lewicy jest zatem funkcją niespełnionych obietnic prawicy.

Do takich wniosków prowadzi obserwacja naszego życia politycznego na przestrzeni ostatniej dekady historii Polski (1989-2001). Charakterystyczną cechą funkcjonowania polskiej sceny politycznej jest właśnie niski poziom wymagań stawianych lewicy, a więc i w konsekwencji niski poziom frustracji i rozczarowań ewentualnymi jej błędami i porażkami oraz ustawiona bardzo wysoko poprzeczka oczekiwań wobec prawicy, co powoduje, że za każdym razem blisko jej o kompromitację polegającą na niemożności spełnienia wyborczych obietnic. Co ciekawe - poprzeczkę tę (i to zarówno dla lewicy - na niskim pułapie, jak i dla prawicy - na wysokim poziomie) ustawia prawica! Na przykład w 1993 roku poprzeczka, którą prawica ustawiła lewicy była następująca: nie doprowadzić do powrotu PRL i nie zniszczyć gospodarki wolnorynkowej. Prawica podczas tamtej kampanii wyborczej przestrzegała przed głosowaniem na lewicę, obawiając się recydywy komunizmu i zaprzepaszczenia wzrostu gospodarczego. Tak niską poprzeczkę lewica osiągnęła bez trudu i mogła z triumfem po 4 latach sprawowania władzy obwieścić społeczeństwu, że jest taka sama jaka cała klasa polityczna czyli nie można się po niej niczego nadzwyczaj złego spodziewać oraz że do komunizmu powrotu nie ma i w związku z tym lewicy bać się nie trzeba.

Dlaczego zatem prawica stawia sobie tak wysokie wymagania?

W powszechnym odczuciu społecznym państwo budowane po 1989 roku utożsamiane jest z prawicą, a ściślej z obozem postsolidarnościowym, z którego dziedzictwa czerpie dzisiejsza prawica. To przecież w końcu antysystemowa opozycja, skupiona wokół powstałego w Sierpniu'80 ruchu “Solidarności”, wywalczyła suwerenne państwo w 1989 roku. Idee, jakie legły u podstaw III Rzeczypospolitej, stanowiły projekcję pomysłów ludzi “Solidarności”. To solidarnościowa prawica z entuzjazmem tworzyła struktury tego państwa, wypełniała je treścią, proponowała tematy do debat publicznych, wychodziła z szeregiem inicjatyw politycznych. Lewica zachowywała się wówczas pasywnie, z początku biernie przyglądając się posunięciom nowej władzy. Po jakimś czasie zaczęła jednak coraz odważniej krytykować nowe porządki, podnosić zalety minionej epoki, piętnować negatywne zjawiska gospodarcze i społeczne (przede wszystkim bezrobocie), które musiały się pojawić wraz ze zmianami sposobów funkcjonowania państwa. Te negatywne zjawiska są kojarzone w powszechnym odbiorze społecznym z nowym “solidarnościowym” państwem, a więc z prawicą. Dla zwyczajnych ludzi PRL była wymysłem lewicy a dzisiejsza Polska to pomysł prawicy.

Prawica podtrzymuje ten stereotyp, twierdząc, że stawia sobie wysokie wymagania, ponieważ jej zdaniem, w odróżnieniu od lewicy bardziej utożsamia się z państwem, zna stojące przed nim wyzwania i dlatego nie patrzy na poklask, podejmując sprawy niepopularne, ale potrzebne dla kraju. Prawica, jak sama twierdzi, świadomie stawia sobie ambitne cele, by rozwinąć i wzmocnić pozycję Polski w świecie kosztem społecznego poparcia, które topnieje. Prawica przedstawia siebie zatem jako heroicznego bohatera - propaństwowca, jedynego posiadacza "prawdy" zdolnego uchwycić polską rację stanu oraz tworzyć perspektywy dla państwa i jego obywateli. Ów heros, doprowadzając się samemu do samozniszczenia, ratuje zagrożoną ojczyznę. Lewicy natomiast daleko od takiej postawy, gdyż w przekonaniu prawicy, cechuje ją przede wszystkim bezideowość, kunktatorstwo i działanie “pod publiczkę”, które zawsze się opłaca.

Czy opisany sposób rozumowania, typowy dla polskiej prawicy, jest jednak prawidłowy?

Postawa prawicy, stawiającej sobie cele niemożliwe do realizacji i narażającej przez to siebie na permanentne klęski wyborcze, może bowiem świadczyć nie tyle o jej heroizmie, co raczej o niewłaściwej ocenie rzeczywistości i braku wyobraźni. Prawica, odrzucając polityczny realizm i wierząc we własną nieomylność, uprawia polityczną fikcję, gdzie rzeczywistość miesza się z magią. Można czasami odnieść wrażenie, że politycy prawicowi zachowują się tak, jakby unosili się kilka metrów nad ziemią. Taka postawa, wiodąca prawicę praktycznie cały czas pod prąd opinii publicznej, skazuje tę siłę polityczną na marginalizację i brak akceptacji społecznej. Jest to działanie przeciw skuteczne wobec reguł demokracji, nakazujących walkę o głosy wyborców, i może w konsekwencji prowadzić prawicę do tęsknoty za rozwiązaniami niedemokratycznymi, które mogłyby pozwolić jej zrealizować ambitne wizje bez obawy o utratę poparcia wyborców. A to już może być niebezpieczne.

Skoro jednak prawica stawia sobie poprzeczkę wymagań na tak wysokim poziomie, zadziwiające jest, że nie potrafi egzekwować w indywidualnych przypadkach elementarnych wprost zachowań od swoich działaczy politycznych. Najbardziej jaskrawym przykładem jest głosowanie posła, będącego ministrem, przeciw własnemu prawicowemu rządowi, za co minister ten nie poniósł żadnych konsekwencji i dalej, jak gdyby nigdy nic, zasiadał w rządzie. Za taką manifestację nielojalności minister w najlepszym przypadku powinien opuścić swój gabinet. Jak bowiem inaczej nazwać jego postępowanie, jak nie mianem sabotażu? W ten sposób minister wystawił fatalne świadectwo nie tylko sobie ale i, co gorsza, rządowi, który nie zdobył się na żadną reakcję.

Politycy lewicy popełniają najprawdopodobniej nie mniej błędów niż ich koledzy z prawicy. Głupota jest przecież wszechobecna i niezależna od sympatii politycznych. W odróżnieniu od prawicy, lewicę stać jednak na szybkie publiczne reakcje odpowiednich gremiów w postaci nagan czy błyskawicznych decyzji personalnych. Nawet jeżeli są to w istocie posunięcia czysto kosmetyczne, dokonywane na użytek publiczny, zdobywają one uznanie w oczach wyborców, żądających wyciągania natychmiastowych konsekwencji wobec osób odpowiedzialnych za nieprawidłowości.

Kto jest zatem odpowiedzialny za to, że prawica postępuje w sposób nieracjonalny? Kto porywa się z motyką na słońce, podejmując zadania ponad siły?

Największą odpowiedzialnością za negatywny wizerunek prawicy należy obciążyć jej kręgi decyzyjne, czyli przywództwo polityczne, podejmujące błędne decyzje, zarówno strategiczne, jak i taktyczne. Każda decyzja polityczna oparta jest na posiadanych informacjach. Ponieważ decyzje polityczne prawicy przeważnie są złe, przyczyny tego stanu rzeczy mogą być dwie: albo informacje o rzeczywistości, dostarczane prawicowym decydentom są fałszywe i w konsekwencji powodują złe decyzje, albo też informacje są prawdziwe, a mimo to decyzje są złe.

Przykładem fałszywej informacji, stanowiącej podstawę błędnych spekulacji politycznych, a w konsekwencji chybionych decyzji, jest panujące powszechne na prawicy przekonanie, że istnieje "żelazny" prawicowy elektorat, który bez względu na wszystko zawsze zagłosuje na prawicę. Kiedyś oceniano ten elektorat na 30%, później zaczęto mówić o 20%, po wyborach prezydenckich w 2000 roku już tylko o 15%, za chwilę zapewne usłyszymy o 10%. Taki sposób myślenia to świadectwo ignorancji, pychy i braku szacunku dla własnych wyborców. Prawica nie szanuje swoich sympatyków, których grono z roku na rok topnieje. Są w końcu granice wytrzymałości i cierpliwości wobec głupoty.

Kolejny mit, którym żyje prawica, mówi, że istnieje stały elektorat lewicowy i tak już musi być. Najpierw elektorat ten mieli stanowić wyborcy głosujący na reprezentanta lewicy podczas pierwszych wyborów prezydenckich w 1990 roku. Zdobył on wówczas 1,5 mln głosów (9%). W 1991 roku w wyborach parlamentarnych SLD zdobył już jednak 12% głosów. Ze względu jednak na panującą wówczas niską frekwencję wyborczą, wynik ten w liczbach bezwzględnych odzwierciedlił poparcie sprzed roku. Komentarz prawicy do wzrostu notowań lewicy był wówczas następujący: elektorat lewicy jest bardziej zdyscyplinowany, więc poszedł w całości do wyborów, nie można zatem mówić o poprawie wyniku, to raczej efekt niskiej frekwencji wyborczej. W 1993 roku, gdy SLD osiągnął prawie 3 miliony głosów (20%) prawica mówiła, że tyle właśnie było członków byłej PZPR, z których część dotąd pozostała w uśpieniu, teraz natomiast nastąpiła ich mobilizacja. Prawica uspokajała, że obóz solidarnościowy zdobył w sumie prawie dwa razy więcej głosów od SLD, tyle że poszedł podzielony i przegrał. Coraz lepsze wyniki wyborcze lewicy były przez prawicę lekceważone. W I turze wyborów prezydenckich w 1995 roku reprezentant lewicy zdobył 35% głosów. Prawica natychmiast stwierdziła, że są to wszyscy byli członkowie PZPR razem ze swoimi rodzinami. W 1997 SLD, po 4 latach swoich rządów, poprawił swój wynik wyborczy, zdobywając 28% głosów (3,5 mln). Stanowiło to niewiele mniej niż uzyskała zwycięska AWS, która osiągnęła 33% głosów (ponad 4 mln). W 2000 roku reprezentant lewicy w wyborach prezydenckich zdobył 54% głosów, a kandydat prawicowy - niecałe 16%.

Obydwa mity o "żelaznych elektoratach" tak głęboko zakorzeniły się w świadomości prawicowych elit, że nie są one w stanie dostrzec, iż wyborcy głosują na taką opcję polityczną, co do której żywią przekonanie, że pod jej rządami będzie im dobrze. To przekonanie opiera się zazwyczaj na wrażeniu wywołanym przez obraz wykreowany w mediach elektronicznych. Nieliczna raczej część elektoratu kieruje się kryteriami wychodzącymi poza interes jednostkowy, co stanowi okoliczność typową dla społeczeństw, takich jak polskie, o których trudno powiedzieć, że są "obywatelskie". Jeśli zatem obecnie w Polsce ktoś głosuje konsekwentnie przeciwko lewicy, to trudno określić, czy opowiada się przeciwko jej programowi, czy z uwagi na pamięć przeszłości.

Prawica tymczasem, gdy nadchodzą jakiekolwiek wybory, czyli gdy zagląda jej w oczy widmo porażki, uderza nieodmiennie w te same tony, nawołując do zjednoczenia obozu postsolidarnościowego czy posierpniowego, celem powstrzymania rosnącej w siłę "postkomunistycznej" lewicy. Nie jest to najszczęśliwszy kierunek działań. Błędem jest opieranie projektów politycznych na negacji lewicy, która już udowodniła, że nie jest wielbłądem. Nie wolno oczywiście zrywać z wartościowym dziedzictwem "Solidarności". Jednakże świadomość tego dziedzictwa historycznego nie powinna oznaczać konieczności tkwienia w starych koleinach, w okowach przeszłości, stanowiących dziś przede wszystkim spoiwo o charakterze sentymentalno-towarzyskim. Czynienie z solidarnościowego rodowodu podstawowego wyznacznika sojuszy politycznych jest poważnym błędem prawicy. Obóz solidarnościowy zjednoczył bowiem w oporze przeciwko państwu totalitarnemu ludzi o bardzo różnych poglądach politycznych, reprezentujących praktycznie całą paletę polityczną - i to zarówno w kwestiach gospodarczych jak i etycznych.

Obóz ten zaczął się rozsypywać zaraz po odzyskaniu suwerenności państwowej, gdy rozpoczęła się wywołana przez Lecha Wałęsę solidarnościowa wojna na górze. Lewicowi działacze "Solidarności" utworzyli Solidarność Pracy, przekształcając ją następnie w 1992 roku w Unię Pracy, która dwukrotnie samodzielnie wystartowała w wyborach (uzyskując poparcie rzędu 4-7 %), a obecnie przystąpiła do koalicji z SLD. Politycy solidarnościowi reprezentujący liberalne centrum, skupili się w Unii Demokratycznej, do której w 1994 roku dołączyli gdańscy liberałowie z KLD i tak powstała Unia Wolności. Ten nurt ruchu solidarnościowego również poddał się kilkakrotnie weryfikacji wyborczej, uzyskując średnio ok. 15 % głosów. Dziś jego elektorat przejmuje nowy ruch polityczny - powołana w styczniu tego roku Platforma Obywatelska. Natomiast trzecia część tego obozu - solidarnościowa prawica - nigdy nie wystąpiła z jedną listą wyborczą. Zamiast stworzyć jedną partię, tak jak pozostałe dwa nurty, zarówno w 1991, jak i 1993 roku, przystępowała do wyborów w całkowitym rozdrobnieniu, przez co w 1991 roku straciła szansę na wyłonienie stabilnej większości parlamentarnej (uzyskując w sumie ok. 45 % głosów), zaś w 1993 roku pozbawiła się praktycznie reprezentacji w Sejmie (zdobywając 35 % poparcie). Dlaczego? Często mówi się, że prawica ma skłonność do dzielenia się. Bardziej jednak prawidłowe byłoby stwierdzenie, że nie ma ona raczej skłonności do łączenia się. Każdorazowe procesy zjednoczeniowe, z którymi mieliśmy do czynienia w ostatnich latach były fikcyjne. O iluzoryczności procesów konsolidacyjnych na prawicy świadczy choćby fakt, że cały czas w obrocie prawnym funkcjonują takie np. partie, jak PC, czy ChDSP, które rzekomo już kilka lat temu połączyły się z innymi podmiotami, tworząc następne.

Utworzona w 1996 roku koalicja AWS także nie została zbudowana na gruncie programu prawicowego, tylko na bazie sentymentu Sierpnia'80. Była ona nieudaną próbą odtworzenia obozu solidarnościowego, tyle że już bez UW, UP i ROP. Stanowiła pospolite ruszenie składające się z polityków różnej maści: związkowców, konserwatystów, liberałów, narodowców, działaczy samorządowych i katolickich. Najważniejszym zadaniem, jakie postawiła przed sobą AWS, było odebranie władzy lewicy, co jeden z polityków skomentował słynnym stwierdzeniem: "Teraz k... my!". AWS obiecała w kampanii wyborczej 1997 roku uzdrowienie moralne polityki oraz przeprowadzenie wielkich reform państwa. Jak się szybko okazało, były to zadania ponad jej siły. Niespójność programowa AWS spowodowała, że nie wszyscy jej członkowie byli przekonani do kształtu przyjętych przez rząd projektów reformatorskich, w związku z czym dość szybko rozpoczęli je kontestować, przyczyniając się do destrukcji tego ruchu politycznego. Brak reakcji gremiów kierowniczych AWS na przejawy głupoty, nieuczciwości i nielojalności we własnych szeregach pogłębiał negatywny wizerunek formacji, grzęznącej coraz bardziej w jałowych sporach wewnętrznych i rozmijającej się z głoszonymi hasłami w praktyce dnia codziennego. Okręt z napisem AWS z miesiąca na miesiąc dryfował więc coraz bardziej a obserwatorzy sceny politycznej zastanawiali się tylko, kiedy w końcu rozbije się o skały. Rozbicie nastąpiło wiosną 2001 roku - do wyborów parlamentarnych poszły zatem dwie prawicowe listy: "Akcja Wyborcza Solidarność Prawicy" oraz "Prawo i Sprawiedliwość".

Należy liczyć się także z tym, że prawicowy elektorat będzie systematycznie "podbierany" przez PSL i PO, partie politycznego centrum, które uzyskały przyzwoity wynik wyborczy i gruntują swoją przewagę nad prawicą. PSL skupi się na tych prawicowych wyborcach, którzy swoją prawicowość identyfikują przede wszystkim poprzez związek ze światem tradycyjnych wartości oraz eurosceptycyzmem. Z kolei ci wyborcy, dla których prawica kojarzy się w szczególności z kapitalistycznym programem gospodarczym opartym na wolnorynkowej ekonomii, niskich podatkach, wspieraniu własności prywatnej i indywidualnej przedsiębiorczości, znajdują się w kręgu silnego oddziaływania PO.
Czekają prawicę chude lata. Może jednak takie swoiste katharsis oczyści ten ruch polityczny z koniunkturalistów, głupców, warchołów, pieniaczy i szamanów politycznych. Może wtedy podjęty zostanie wysiłek opracowania atrakcyjnej oferty programowej i politycznej, która dziś trafia w próżnię, zwłaszcza gdy chodzi o dotarcie do młodszych wyborców. Może wówczas prawica zacznie się przekształcać w nowoczesną partię polityczną, w której stosunek do historycznego dziedzictwa będzie istotnym walorem, ale nie przysłoni rzeczywistości i nie będzie stanowił najważniejszego kryterium przynależności, którym powinien być program polityczny, zaakceptowany i realizowany przez swoich członków.

Michał Wawryn
Przewodniczący Regionu Warmińsko - Mazurskiego
Stowarzyszenia "Młodzi Konserwatyści"

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów        http://nowamedia.w.interia.pl