|
powrót
do strony głównej
archiwum
w tym
wydaniu:
Patryk Dole:
Krzysztof Kawalec:
Krzysztof
Mazowski:
PiS:
Marek
Rezler:
Marcin Urban:
|
Michał Wawryn
Chude lata prawicy
Odmienności pomiędzy prawicą a lewicą wymienić można
wiele. W warunkach polskich dość niestandardową różnicę stanowi
okoliczność, iż prawicy bardzo trudno wygrywać wybory, natomiast
bardzo łatwo przegrywać, z kolei lewicy zwycięstwa wyborcze przychodzą
stosunkowo łatwo, trudno zaś jej ponieść wyborczą porażkę.
Nic nie wskazywało na to, by w 2001 roku prawidłowość ta uległa
zmianie. Wyniki wszelkich sondaży opinii publicznej przed zaplanowanymi
na wrzesień wyborami parlamentarnymi pokazywały bowiem sromotną klęskę
prawicy oraz zdecydowane zwycięstwo lewicy, utrzymującej od dłuższego
czasu niezagrożoną pozycję lidera na polskiej scenie politycznej.
Taki stan rzeczy można oczywiście tłumaczyć faktem, że prawica od
czterech lat rządziła krajem, podejmując szereg niepopularnych decyzji,
a lewica pozostawała w opozycji. Wszak w wyborczych szrankach przed
ugrupowaniem rządzącym zawsze stoi trudniejsze zadanie, gdyż to na jego
barkach spoczywa odpowiedzialność za sytuację społeczno - gospodarczą
państwa. Ponadto należy wziąć pod uwagę, że Polska jest jeszcze państwem
"na dorobku", gdzie rządowi przychodzi zmagać się z poważnymi
problemami społecznymi okresu transformacji ustrojowej. W tej sytuacji
spadek notowań ekipy rządzącej wydaje się być czymś naturalnym.
Powyższe wytłumaczenie nie wyczerpuje jednak zasygnalizowanego problemu.
Powodów do dalszych poszukiwań jego istoty dostarczają wyniki wyborcze
lewicy, która w 1997 roku po czteroletnim okresie swoich rządów uzyskała
prawie 28% głosów. W ten sposób nie tylko utrzymała, ale i poprawiła
swój 20 procentowy wynik z 1993 roku o ponad 700 tysięcy głosów.
Co zatem powoduje, że lewicy jest łatwiej wygrywać wybory a prawicy
trudniej?
Doświadczenia ostatnich lat pokazują, że społeczne oczekiwania wobec
lewicy są skromniejsze niż wobec prawicy. W roku wyborczym 2001
wymagania względem lewicy sprowadzały się w zasadzie do tego, by nowy
rząd i tworzący go obóz polityczny nie był targany wewnętrznymi
konfliktami (którymi prawica karmiła opinię publiczną zarówno w
okresie 1989-1993 jak i 1997-2001) oraz by dokonano korekt do
wprowadzonych w 1999 roku czterech reform i zmniejszono rosnące
bezrobocie. Tak nisko ustawiona poprzeczka oczekiwań wobec dochodzącej
do władzy lewicy gwarantuje jej spokojny raczej byt podczas sprawowania władzy
w państwie a zatem również potencjalny bardzo dobry wynik wyborczy po
zakończeniu następnej kadencji parlamentu w 2005 roku. Trudno będzie
bowiem lewicy nie spełnić dwóch pierwszych postulatów. Problemy mogą
się pojawić jedynie w kwestii walki z bezrobociem.
Wymagania wobec prawicy są natomiast dużo większe a każdorazowa niemożność
ich realizacji prowadzi zawsze do wyborczej klęski. W związku z tym
lewica zawsze dochodzi do władzy w atmosferze zniechęcenia i
rozczarowania prawicą, z zadaniem posprzątania bałaganu pozostawionego
przez tą ostatnią i uporządkowania spraw państwa. Niski poziom
oczekiwań wobec lewicy jest zatem funkcją niespełnionych obietnic
prawicy.
Do takich wniosków prowadzi obserwacja naszego życia politycznego na
przestrzeni ostatniej dekady historii Polski (1989-2001). Charakterystyczną
cechą funkcjonowania polskiej sceny politycznej jest właśnie niski
poziom wymagań stawianych lewicy, a więc i w konsekwencji niski poziom
frustracji i rozczarowań ewentualnymi jej błędami i porażkami oraz
ustawiona bardzo wysoko poprzeczka oczekiwań wobec prawicy, co powoduje,
że za każdym razem blisko jej o kompromitację polegającą na niemożności
spełnienia wyborczych obietnic. Co ciekawe - poprzeczkę tę (i to zarówno
dla lewicy - na niskim pułapie, jak i dla prawicy - na wysokim poziomie)
ustawia prawica! Na przykład w 1993 roku poprzeczka, którą prawica
ustawiła lewicy była następująca: nie doprowadzić do powrotu PRL i
nie zniszczyć gospodarki wolnorynkowej. Prawica podczas tamtej kampanii
wyborczej przestrzegała przed głosowaniem na lewicę, obawiając się
recydywy komunizmu i zaprzepaszczenia wzrostu gospodarczego. Tak niską
poprzeczkę lewica osiągnęła bez trudu i mogła z triumfem po 4 latach
sprawowania władzy obwieścić społeczeństwu, że jest taka sama jaka
cała klasa polityczna czyli nie można się po niej niczego nadzwyczaj złego
spodziewać oraz że do komunizmu powrotu nie ma i w związku z tym lewicy
bać się nie trzeba.
Dlaczego zatem prawica stawia sobie tak wysokie wymagania?
W powszechnym odczuciu społecznym państwo budowane po 1989 roku utożsamiane
jest z prawicą, a ściślej z obozem postsolidarnościowym, z którego
dziedzictwa czerpie dzisiejsza prawica. To przecież w końcu
antysystemowa opozycja, skupiona wokół powstałego w Sierpniu'80 ruchu
“Solidarności”, wywalczyła suwerenne państwo w 1989 roku.
Idee, jakie legły u podstaw III Rzeczypospolitej, stanowiły projekcję
pomysłów ludzi “Solidarności”. To solidarnościowa prawica
z entuzjazmem tworzyła struktury tego państwa, wypełniała je treścią,
proponowała tematy do debat publicznych, wychodziła z szeregiem
inicjatyw politycznych. Lewica zachowywała się wówczas pasywnie, z początku
biernie przyglądając się posunięciom nowej władzy. Po jakimś czasie
zaczęła jednak coraz odważniej krytykować nowe porządki, podnosić
zalety minionej epoki, piętnować negatywne zjawiska gospodarcze i społeczne
(przede wszystkim bezrobocie), które musiały się pojawić wraz ze
zmianami sposobów funkcjonowania państwa. Te negatywne zjawiska są
kojarzone w powszechnym odbiorze społecznym z nowym “solidarnościowym”
państwem, a więc z prawicą. Dla zwyczajnych ludzi PRL była wymysłem
lewicy a dzisiejsza Polska to pomysł prawicy.
Prawica podtrzymuje ten stereotyp, twierdząc, że stawia sobie wysokie
wymagania, ponieważ jej zdaniem, w odróżnieniu od lewicy bardziej utożsamia
się z państwem, zna stojące przed nim wyzwania i dlatego nie patrzy na
poklask, podejmując sprawy niepopularne, ale potrzebne dla kraju.
Prawica, jak sama twierdzi, świadomie stawia sobie ambitne cele, by
rozwinąć i wzmocnić pozycję Polski w świecie kosztem społecznego
poparcia, które topnieje. Prawica przedstawia siebie zatem jako
heroicznego bohatera - propaństwowca, jedynego posiadacza
"prawdy" zdolnego uchwycić polską rację stanu oraz tworzyć
perspektywy dla państwa i jego obywateli. Ów heros, doprowadzając się
samemu do samozniszczenia, ratuje zagrożoną ojczyznę. Lewicy natomiast
daleko od takiej postawy, gdyż w przekonaniu prawicy, cechuje ją przede
wszystkim bezideowość, kunktatorstwo i działanie “pod publiczkę”,
które zawsze się opłaca.
Czy opisany sposób rozumowania, typowy dla polskiej prawicy, jest jednak
prawidłowy?
Postawa prawicy, stawiającej sobie cele niemożliwe do realizacji i narażającej
przez to siebie na permanentne klęski wyborcze, może bowiem świadczyć
nie tyle o jej heroizmie, co raczej o niewłaściwej ocenie rzeczywistości
i braku wyobraźni. Prawica, odrzucając polityczny realizm i wierząc we
własną nieomylność, uprawia polityczną fikcję, gdzie rzeczywistość
miesza się z magią. Można czasami odnieść wrażenie, że politycy
prawicowi zachowują się tak, jakby unosili się kilka metrów nad ziemią.
Taka postawa, wiodąca prawicę praktycznie cały czas pod prąd opinii
publicznej, skazuje tę siłę polityczną na marginalizację i brak
akceptacji społecznej. Jest to działanie przeciw skuteczne wobec reguł
demokracji, nakazujących walkę o głosy wyborców, i może w
konsekwencji prowadzić prawicę do tęsknoty za rozwiązaniami
niedemokratycznymi, które mogłyby pozwolić jej zrealizować ambitne
wizje bez obawy o utratę poparcia wyborców. A to już może być
niebezpieczne.
Skoro jednak prawica stawia sobie poprzeczkę wymagań na tak wysokim
poziomie, zadziwiające jest, że nie potrafi egzekwować w indywidualnych
przypadkach elementarnych wprost zachowań od swoich działaczy
politycznych. Najbardziej jaskrawym przykładem jest głosowanie posła, będącego
ministrem, przeciw własnemu prawicowemu rządowi, za co minister ten nie
poniósł żadnych konsekwencji i dalej, jak gdyby nigdy nic, zasiadał w
rządzie. Za taką manifestację nielojalności minister w najlepszym
przypadku powinien opuścić swój gabinet. Jak bowiem inaczej nazwać
jego postępowanie, jak nie mianem sabotażu? W ten sposób minister
wystawił fatalne świadectwo nie tylko sobie ale i, co gorsza, rządowi,
który nie zdobył się na żadną reakcję.
Politycy lewicy popełniają najprawdopodobniej nie mniej błędów niż
ich koledzy z prawicy. Głupota jest przecież wszechobecna i niezależna
od sympatii politycznych. W odróżnieniu od prawicy, lewicę stać jednak
na szybkie publiczne reakcje odpowiednich gremiów w postaci nagan czy błyskawicznych
decyzji personalnych. Nawet jeżeli są to w istocie posunięcia czysto
kosmetyczne, dokonywane na użytek publiczny, zdobywają one uznanie w
oczach wyborców, żądających wyciągania natychmiastowych konsekwencji
wobec osób odpowiedzialnych za nieprawidłowości.
Kto jest zatem odpowiedzialny za to, że prawica postępuje w sposób
nieracjonalny? Kto porywa się z motyką na słońce, podejmując zadania
ponad siły?
Największą odpowiedzialnością za negatywny wizerunek prawicy należy
obciążyć jej kręgi decyzyjne, czyli przywództwo polityczne, podejmujące
błędne decyzje, zarówno strategiczne, jak i taktyczne. Każda decyzja
polityczna oparta jest na posiadanych informacjach. Ponieważ decyzje
polityczne prawicy przeważnie są złe, przyczyny tego stanu rzeczy mogą
być dwie: albo informacje o rzeczywistości, dostarczane prawicowym
decydentom są fałszywe i w konsekwencji powodują złe decyzje, albo też
informacje są prawdziwe, a mimo to decyzje są złe.
Przykładem fałszywej informacji, stanowiącej podstawę błędnych
spekulacji politycznych, a w konsekwencji chybionych decyzji, jest panujące
powszechne na prawicy przekonanie, że istnieje "żelazny"
prawicowy elektorat, który bez względu na wszystko zawsze zagłosuje na
prawicę. Kiedyś oceniano ten elektorat na 30%, później zaczęto mówić
o 20%, po wyborach prezydenckich w 2000 roku już tylko o 15%, za chwilę
zapewne usłyszymy o 10%. Taki sposób myślenia to świadectwo
ignorancji, pychy i braku szacunku dla własnych wyborców. Prawica nie
szanuje swoich sympatyków, których grono z roku na rok topnieje. Są w
końcu granice wytrzymałości i cierpliwości wobec głupoty.
Kolejny mit, którym żyje prawica, mówi, że istnieje stały elektorat
lewicowy i tak już musi być. Najpierw elektorat ten mieli stanowić
wyborcy głosujący na reprezentanta lewicy podczas pierwszych wyborów
prezydenckich w 1990 roku. Zdobył on wówczas 1,5 mln głosów (9%). W
1991 roku w wyborach parlamentarnych SLD zdobył już jednak 12% głosów.
Ze względu jednak na panującą wówczas niską frekwencję wyborczą,
wynik ten w liczbach bezwzględnych odzwierciedlił poparcie sprzed roku.
Komentarz prawicy do wzrostu notowań lewicy był wówczas następujący:
elektorat lewicy jest bardziej zdyscyplinowany, więc poszedł w całości
do wyborów, nie można zatem mówić o poprawie wyniku, to raczej efekt
niskiej frekwencji wyborczej. W 1993 roku, gdy SLD osiągnął prawie 3
miliony głosów (20%) prawica mówiła, że tyle właśnie było członków
byłej PZPR, z których część dotąd pozostała w uśpieniu, teraz
natomiast nastąpiła ich mobilizacja. Prawica uspokajała, że obóz
solidarnościowy zdobył w sumie prawie dwa razy więcej głosów od SLD,
tyle że poszedł podzielony i przegrał. Coraz lepsze wyniki wyborcze
lewicy były przez prawicę lekceważone. W I turze wyborów prezydenckich
w 1995 roku reprezentant lewicy zdobył 35% głosów. Prawica natychmiast
stwierdziła, że są to wszyscy byli członkowie PZPR razem ze swoimi
rodzinami. W 1997 SLD, po 4 latach swoich rządów, poprawił swój wynik
wyborczy, zdobywając 28% głosów (3,5 mln). Stanowiło to niewiele mniej
niż uzyskała zwycięska AWS, która osiągnęła 33% głosów (ponad 4
mln). W 2000 roku reprezentant lewicy w wyborach prezydenckich zdobył 54%
głosów, a kandydat prawicowy - niecałe 16%.
Obydwa mity o "żelaznych elektoratach" tak głęboko zakorzeniły
się w świadomości prawicowych elit, że nie są one w stanie dostrzec,
iż wyborcy głosują na taką opcję polityczną, co do której żywią
przekonanie, że pod jej rządami będzie im dobrze. To przekonanie opiera
się zazwyczaj na wrażeniu wywołanym przez obraz wykreowany w mediach
elektronicznych. Nieliczna raczej część elektoratu kieruje się
kryteriami wychodzącymi poza interes jednostkowy, co stanowi okoliczność
typową dla społeczeństw, takich jak polskie, o których trudno
powiedzieć, że są "obywatelskie". Jeśli zatem obecnie w
Polsce ktoś głosuje konsekwentnie przeciwko lewicy, to trudno określić,
czy opowiada się przeciwko jej programowi, czy z uwagi na pamięć przeszłości.
Prawica tymczasem, gdy nadchodzą jakiekolwiek wybory, czyli gdy zagląda
jej w oczy widmo porażki, uderza nieodmiennie w te same tony, nawołując
do zjednoczenia obozu postsolidarnościowego czy posierpniowego, celem
powstrzymania rosnącej w siłę "postkomunistycznej" lewicy.
Nie jest to najszczęśliwszy kierunek działań. Błędem jest opieranie
projektów politycznych na negacji lewicy, która już udowodniła, że
nie jest wielbłądem. Nie wolno oczywiście zrywać z wartościowym
dziedzictwem "Solidarności". Jednakże świadomość tego
dziedzictwa historycznego nie powinna oznaczać konieczności tkwienia w
starych koleinach, w okowach przeszłości, stanowiących dziś przede
wszystkim spoiwo o charakterze sentymentalno-towarzyskim. Czynienie z
solidarnościowego rodowodu podstawowego wyznacznika sojuszy politycznych
jest poważnym błędem prawicy. Obóz solidarnościowy zjednoczył bowiem
w oporze przeciwko państwu totalitarnemu ludzi o bardzo różnych poglądach
politycznych, reprezentujących praktycznie całą paletę polityczną - i
to zarówno w kwestiach gospodarczych jak i etycznych.
Obóz ten zaczął się rozsypywać zaraz po odzyskaniu suwerenności państwowej,
gdy rozpoczęła się wywołana przez Lecha Wałęsę solidarnościowa
wojna na górze. Lewicowi działacze "Solidarności" utworzyli
Solidarność Pracy, przekształcając ją następnie w 1992 roku w Unię
Pracy, która dwukrotnie samodzielnie wystartowała w wyborach (uzyskując
poparcie rzędu 4-7 %), a obecnie przystąpiła do koalicji z SLD.
Politycy solidarnościowi reprezentujący liberalne centrum, skupili się
w Unii Demokratycznej, do której w 1994 roku dołączyli gdańscy liberałowie
z KLD i tak powstała Unia Wolności. Ten nurt ruchu solidarnościowego również
poddał się kilkakrotnie weryfikacji wyborczej, uzyskując średnio ok.
15 % głosów. Dziś jego elektorat przejmuje nowy ruch polityczny - powołana
w styczniu tego roku Platforma Obywatelska. Natomiast trzecia część
tego obozu - solidarnościowa prawica - nigdy nie wystąpiła z jedną
listą wyborczą. Zamiast stworzyć jedną partię, tak jak pozostałe dwa
nurty, zarówno w 1991, jak i 1993 roku, przystępowała do wyborów w całkowitym
rozdrobnieniu, przez co w 1991 roku straciła szansę na wyłonienie
stabilnej większości parlamentarnej (uzyskując w sumie ok. 45 % głosów),
zaś w 1993 roku pozbawiła się praktycznie reprezentacji w Sejmie
(zdobywając 35 % poparcie). Dlaczego? Często mówi się, że prawica ma
skłonność do dzielenia się. Bardziej jednak prawidłowe byłoby
stwierdzenie, że nie ma ona raczej skłonności do łączenia się. Każdorazowe
procesy zjednoczeniowe, z którymi mieliśmy do czynienia w ostatnich
latach były fikcyjne. O iluzoryczności procesów konsolidacyjnych na
prawicy świadczy choćby fakt, że cały czas w obrocie prawnym
funkcjonują takie np. partie, jak PC, czy ChDSP, które rzekomo już
kilka lat temu połączyły się z innymi podmiotami, tworząc następne.
Utworzona w 1996 roku koalicja AWS także nie została zbudowana na
gruncie programu prawicowego, tylko na bazie sentymentu Sierpnia'80. Była
ona nieudaną próbą odtworzenia obozu solidarnościowego, tyle że już
bez UW, UP i ROP. Stanowiła pospolite ruszenie składające się z
polityków różnej maści: związkowców, konserwatystów, liberałów,
narodowców, działaczy samorządowych i katolickich. Najważniejszym
zadaniem, jakie postawiła przed sobą AWS, było odebranie władzy
lewicy, co jeden z polityków skomentował słynnym stwierdzeniem:
"Teraz k... my!". AWS obiecała w kampanii wyborczej 1997 roku
uzdrowienie moralne polityki oraz przeprowadzenie wielkich reform państwa.
Jak się szybko okazało, były to zadania ponad jej siły. Niespójność
programowa AWS spowodowała, że nie wszyscy jej członkowie byli
przekonani do kształtu przyjętych przez rząd projektów
reformatorskich, w związku z czym dość szybko rozpoczęli je kontestować,
przyczyniając się do destrukcji tego ruchu politycznego. Brak reakcji
gremiów kierowniczych AWS na przejawy głupoty, nieuczciwości i
nielojalności we własnych szeregach pogłębiał negatywny wizerunek
formacji, grzęznącej coraz bardziej w jałowych sporach wewnętrznych i
rozmijającej się z głoszonymi hasłami w praktyce dnia codziennego. Okręt
z napisem AWS z miesiąca na miesiąc dryfował więc coraz bardziej a
obserwatorzy sceny politycznej zastanawiali się tylko, kiedy w końcu
rozbije się o skały. Rozbicie nastąpiło wiosną 2001 roku - do wyborów
parlamentarnych poszły zatem dwie prawicowe listy: "Akcja Wyborcza
Solidarność Prawicy" oraz "Prawo i Sprawiedliwość".
Należy liczyć się także z tym, że prawicowy elektorat będzie
systematycznie "podbierany" przez PSL i PO, partie politycznego
centrum, które uzyskały przyzwoity wynik wyborczy i gruntują swoją
przewagę nad prawicą. PSL skupi się na tych prawicowych wyborcach, którzy
swoją prawicowość identyfikują przede wszystkim poprzez związek ze światem
tradycyjnych wartości oraz eurosceptycyzmem. Z kolei ci wyborcy, dla których
prawica kojarzy się w szczególności z kapitalistycznym programem
gospodarczym opartym na wolnorynkowej ekonomii, niskich podatkach,
wspieraniu własności prywatnej i indywidualnej przedsiębiorczości,
znajdują się w kręgu silnego oddziaływania PO.
Czekają prawicę chude lata. Może jednak takie swoiste katharsis oczyści
ten ruch polityczny z koniunkturalistów, głupców, warchołów,
pieniaczy i szamanów politycznych. Może wtedy podjęty zostanie wysiłek
opracowania atrakcyjnej oferty programowej i politycznej, która dziś
trafia w próżnię, zwłaszcza gdy chodzi o dotarcie do młodszych wyborców.
Może wówczas prawica zacznie się przekształcać w nowoczesną partię
polityczną, w której stosunek do historycznego dziedzictwa będzie
istotnym walorem, ale nie przysłoni rzeczywistości i nie będzie stanowił
najważniejszego kryterium przynależności, którym powinien być program
polityczny, zaakceptowany i realizowany przez swoich członków.
Michał Wawryn
Przewodniczący Regionu Warmińsko - Mazurskiego
Stowarzyszenia "Młodzi Konserwatyści"
powrót
do strony głównej
now@
on-line czasopismo Internautów http://nowamedia.w.interia.pl
|