now@ on-line  maj  2002

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


w tym wydaniu: 

Mariusz Dastych:

Patryk Dole:

Krzysztof Kawalec:

Zbyszek Koreywo:

Krzysztof Mazowski:

pułapka

Roman Mazurkiewicz:

siedem pieczęci

Józef Piłsudski:

PiS:

Marek Rezler:

Marcin Urban:

 

Mariusz Dawid Dastych, Warszawa

Dedykacja: Josefowi z Betlejem, rabinowi Jeremiaszowi z Jerozolimy i wszystkim Przyjaciołom w Izraelu i Autonomii, którym drogi jest pokój w Ziemi Świętej.

JEROZOLIMA I TEN ZWARIOWANY ŚWIAT

Człowiek czasami odwraca głowę wstecz, by spojrzeć w przeszłość pozostawioną za sobą. Po tylu wiekach cywilizowania się stanęliśmy na progu przepaści, skąd jeden energiczny krok naprzód – ku powszechnej wojnie - może być krokiem ostatnim, upadkiem w ciemność. „Przyszłego roku w Jerozolimie!” – modlili się przez dwa tysiąclecia Żydzi z nadzieją na powrót do Ziemi Obiecanej. I spełniło się.

Jerozolima. Byłem tam po raz pierwszy i być może jedyny zimą 1992 roku. Mieszkałem w małych hotelikach po żydowskiej i arabskiej stronie. W dzielnicy ortodoksów i naprzeciwko Bramy Damasceńskiej. Także w centrum na ulicy George V, wśród młodych Żydów z Rosji. Jeden Szabas spędziłem w luksusie hotelu „King David”, biesiadując i rozmawiając z przyjacielem, Shalhevethem Freierem, fizykiem atomowym, dyplomatą i byłym oficerem wywiadu. Był jedną z tych „szarych eminencji” Izraela, doradcą prezydentów i premierów, także współtwórcą potęgi atomowej swego państwa. Zmarł w listopadzie 1994 roku. Mam zamiar napisać Jego biografię. Wówczas, w śnieżny dzień zimowy, powiedziałem mu, że moja podróż do Jerozolimy była wędrówką do żydowskich korzeni, dawno zapomnianych, obumarłych, roztopionych w tyglu wielo-narodowości, odziedziczonej po polskich, niemieckich, czeskich, żydowskich, węgierskich i słowackich przodkach. W wędrówce po Jeruzalem towarzyszył mi Jeremiasz, ortodoks, przygotowujący się do funkcji rabina. Jeremiasz jest pacyfistą, zwolennikiem pojednania z Arabami. Ale kiedy ja, zdjąwszy przemoczone buty, wchodziłem na kobierce Meczetu na Skale – on pozostał na zewnątrz, bo prawo i religia zabraniały mu wejścia do muzułmańskiej świątyni. Potem wędrowaliśmy przez dzielnicę arabską ku wzgórzom. I na przeszkodzie stanął płot jakiegoś domu, z zamkniętą furtką. Zapukałem do domu, wywołałem gospodarza, który mówił trochę po angielsku. Zapytałem, czy możemy przejść przez podwórze, aby skrócić drogę do celu. Odpowiedział: „To jest szczególny dom”. Zapytałem: „Dlaczego?” A on: „Bo to jest MÓJ dom!”. Obaj z Jeremiaszem uszanowaliśmy to miejsce i po krótkich ceremoniach Arab – pan tego domu – wziął klucze i otworzył nam furtkę, pozdrawiając nas „Salaam Aleikum”, w imię Allacha.

Pisałem później o tym błahym zdarzeniu, wyciągając z niego ogólne wnioski: trzeba uszanować dom innego. Nie burzyć w imię własnych celów. Nie zabijać, by zdobyć więcej ziemi, nie niszczyć gajów oliwnych, aby tam stawiać wysokie domy dla swoich. To już polityka i rzeczywistość. Kiedyś wygłaszałem prelekcję o „problemie bliskowschodnim”. Zacząłem od tego, że pewna polska rodzina dostała mieszkanie w mieście i cieszyła się bardzo. Ale po jakimś czasie przyjechali repatrianci z i zastali swoje mieszkanie zajęte. I wówczas były dwa wyjścia: albo (1) wyrzucić tę rodzinę, która zajęła cudze mieszkanie, albo (2) podzielić się mieszkaniem z przybyszami, do których ono należy. Jak byście postąpili? - spytałem słuchaczy. I – oczywiście – zdania były podzielone i padały różne pomysły. Taka jest sytuacja w Palestynie, gdzie dwa narody – starszy i młodszy pretendują do tej samej ziemi. Do małego skrawka ziemi, który trudno jeszcze podzielić. I o który było już kilka nierozstrzygniętych wojen, sprowokowanych przez obcych. Prawdziwa „kwadratura koła”.

To, co teraz się dzieje w Palestynie (w Izraelu i w Autonomii ), jest wynikiem wzajemnej nietolerancji, która trwa już zbyt długo. Która kosztuje życie coraz większej liczby istnień ludzkich i może doprowadzić do wielkiej wojny, którą – jak pisze Nostradamus – rozpoczną dwa małe narody Bliskiego Wschodu. Od wielu lat stykam się z oboma narodami i ich organizacjami. W latach 70-tych i 80-tych zajmowałem się formacjami bojowników palestyńskich, próbując ich bliżej poznać i zrozumieć kim są i dlaczego tak postępują. Moje kontakty z Izraelem są starsze, ale stały się bliższe i konkretniejsze w połowie lat 80-tych i w latach 90-tych, kiedy współpracowałem z dyplomacją izraelską w sprawie emigracji Żydów z byłego ZSRR i rozwoju stosunków między Izraelem a Polską. Inny nurt tej współpracy wiedzie prosto do sytuacji dzisiejszej, kiedy mamy światowe zagrożenie z powodu terroryzmu islamskiego. W latach 1990-tych obserwowałem w wielu krajach Europy, a także w Rosji, na Środkowym Wschodzie i Chinach bardzo niebezpieczne dla Izraela i – jak się okazuje także dla świata w ogóle – związki pomiędzy dostawcami broni, materiałów nuklearnych, technologii jądrowej z państw byłego ZSRR, a ich „klientami” z innych regionów świata. Brali w tym udział Saudyjczycy i inni bogaci Arabowie z rejonu Zatoki Perskiej. Powiązania finansowe sięgały aż na Daleki Wschód (Malezja, Indonezja, Sułtanat Brunei), jak również do Iranu i Pakistanu. Afganistan nie wydawał się wówczas miejscem, gdzie można było znaleźć jakieś większe pieniądze. A jednak z tego surowego, górzystego kraju wyszło największe współczesne zagrożenie – światowa sieć terrorystyczna Al. Qaeda, stworzona przez saudyjskiego szejka – Osamę bin Ladena spośród „afgańców’, weteranów zwycięskiej wojny przeciwko ZSRR. Paradoksalnie, wyhodowali ich sami Amerykanie, dając im broń i pieniądze. A sam Osama bin Laden był ponoć agentem CIA, podobnie jak osławiony Montesinos w Peru.

Tymczasem w Ziemi Świętej leje się krew. Terroryści arabscy, także Osama, którego matka jest podobno Palestynką, stale powołują się na historyczne związki z Palestyną, okupowaną przez „niewiernych”. Nie przypadkowo obecne powstanie arabskie nosi nazwę „Intifada al. Aksa” – powstanie w obronie świętego meczetu. Jest w tym ciągłym przypominaniu „kwestii palestyńskiej” sporo obłudy i dwuznaczności. To przecież sąsiednie państwa arabskie pierwsze napadły na Izrael, głosząc hasła szowinistyczne i rasistowskie, próbując Żydów zepchnąć do morza. Kiedy państwo żydowskie wygrało kolejne wojny, okupując ziemie arabskie w Palestynie, świat arabski nawoływał Palestyńczyków do oporu, podsyłając im pieniądze i broń na prowadzenie walki. Tak jest i dzisiaj, kiedy najbardziej agresywne organizacje terrorystyczne, jak Hamas i Hezbollah, są kierowane i finansowane z zewnątrz. Terror bombowy, prowadzony przez samobójcze bojówki arabskie w Izraelu, wzmaga tylko nienawiść i chęć odwetu. Rachunek wzajemnych krzywd staje się coraz dłuższy. Dokąd to prowadzi?

Może oprzytomnieją skłócone narody. Pewne oznaki już są. Palestyńscy Arabowie muszą zaprzestać intifady, ukrócić zamachy fanatyków. Izraelczycy muszą przestać niszczyć palestyńskie domy i zabijać ludzi, czasem zupełnie przypadkowych. Jest rozwiązanie dla obu „rodzin” w tym samym „mieszkaniu” : po pierwsze ustanowić pokój na trochę dłużej. Po drugie – Stany Zjednoczone i bogate państwa arabskie muszą opracować nowy „Plan Marshalla” dla Izraela i przyszłego Państwa Palestyńskiego. Kiedy Arabowie, w swym niepodległym państwie będą mieli pracę i zapewnioną przyszłość dla dzieci – zaprzestaną beznadziejnej walki, podsycanej przez niektóre państwa arabskie i muzułmańskie.

Jeśli nie znajdzie się rozwiązanie pokojowe, wówczas spełnią się złe przepowiednie i biada obu narodom i światu. Ale Jerozolima, święte miasto Żydów, Chrześcijan i Muzułmanów, nie musi zginąć w popiołach. Może przetrwać następne tysiąclecia.

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów        http://nowamedia.w.interia.pl