| ||||
|
w tym
wydaniu:
AKI: burak wydania: Doti: erenice: Barbara Litwiniukowa: PiS: Sveeg: Marek Wojciechowski: Romuald Szeremietiew: TG: |
Sveeg Eviva l’arte „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem: ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch boży unosił się nad wodami. Wtedy Bóg rzekł: Niechaj się stanie światłość! I stała się światłość.” Co Bóg miał, kiedy stwarzał świat? Niczego nie miał
poza sobą. Był narzędziem Taki jest sens tworzenia. Nie można mieć wokół nic, oczywiście, nie w dosłownym znaczeniu tego słowa. Przeważnie nie potrafimy być narzędziem i materiałem. Nie jesteśmy zdolni przebywać w nicości. Możemy jednak patrzeć w siebie i dostrzegać tam pomysły. Ile pomysłów znajdziemy – kto wie od czego to zależy? Jedni mówią: adenina, guanina, cytozyna i tymina; inni – że wychowanie, albo wysiłek włożony w samokształcenie. Mozart w wieku 14 lat odtworzył z pamięci „Miserere” Gregorio Allegriego po jednokrotnym wysłuchaniu tego utworu w Kaplicy Sykstyńskiej, lecz było to jedynie ćwiczonko, bo własne utwory pisał już w wieku lat pięciu. Beethoven był otoczony muzyką od dzieciństwa, bo jego dziadek pełnił funkcję kapelmistrza na dworze arcyksięcia Maksymiliana Fryderyka w Bonn, a ojciec Beethovena był tenorem w kapeli tegoż elektora oraz jego następcy. Lew Tołstoj, zapytany, skąd bierze się jego talent, odpowiedział dziennikarzom „Z dymu.” „Jak to – z dymu?” – zdziwili się. „Cóż, piszę – palę, piszę – palę...” Przyczyna, od której pochodzi zdolność ducha do wytwarzania idei może być różna. Wydaje się jednak, że sens tworzenia polega na pewnego rodzaju psychicznej izolacji. Trzeba „unicestwić” świat na tyle, na ile jest to możliwe. Tylko wtedy można rozpocząć poszukiwania. Oczywiście, nasze odcięcie od świata nigdy nie będzie zupełne. Zawsze będziemy czerpać ze zbiorów zgromadzonych przez lata wewnątrz nas. Inaczej być po prostu nie może. Więcej – współczynnik przetworzenia istniejących wrażeń – a zwłaszcza odwzorowań usłyszanych, oglądanych lub przeczytanych dzieł – nie musi być nieskończenie wysoki, aby proces mógł zyskać miano tworzenia. Wystarczy, że przekształcenia owe oparte będą na własnej zdolności do ich generowania i własnym stosunku do wrażeń. Gustaw Mahler włożył w swoje dzieła zapewne ogromny talent i wysiłek, ale też wiele motywów pożyczonych. Najbardziej oczywistym przykładem jest wykorzystanie znanej melodii w I Symfonii „Tytan”. Aż chciałoby się zaśpiewać: „Freres Jacues, Frere Jacques, Mahler jednak nie odtwarzał. Cudze motywy, przechodząc przez jego punkt widzenia, ulegały bowiem przeobrażeniom, wspaniałym, choć chylącym się najczęściej ku ciemnej stronie ducha. Mahler przekształcał genialnie, ponieważ prowadził dialog ze swoją duszą. Wbrew pozorom, eksploracja własnego wnętrza wcale nie jest łatwa, a przyjemność następuje często dopiero po szczęśliwym powrocie i tym jest większa, im trudniejsza była to wyprawa. Zadziwiające, jak przepastne pola do poszukiwań kryją się w człowieku. Przepastne i ... trudno dostępne. Trzeba przedzierać się przez dżunglę, gdzie nic nie widać i każdy następny krok może oznaczać zarówno sukces, jak i dalszą, morderczą wędrówkę. Trzeba niejednokrotnie przejść pustynie – ogromne i zabójczo beznadziejne. Tam natomiast aż po horyzont widać tylko jałową pustkę, napotyka się ślady kolejnych, wyschniętych źródeł inwencji, jest się zwodzonym przez fatamorganę i nie ma nikogo, kto by pocieszył i powiedział, kiedy nastąpi dotarcie do oazy i czy w ogóle jest ono realne. Tak, po drodze doskwiera samotność. Nie ma bowiem możliwości, aby w tych przeprawach ktoś nam towarzyszył. Zdani jesteśmy na siebie, ale ... potem możemy opowiadać. Właśnie. Oryginalność osobistych doświadczeń każdego z nas stwarza nieskończoną ilość alternatyw dla wyrażania uczuć. Dlatego warto. Oczywiście – zupełnie inną sprawą jest odpowiednio dopracowany warsztat pracy twórczej. Tu także potrzeba siły charakteru. Jednak po określonym czasie prób warsztat dopracuje się sam. Należy tylko pamiętać o kilku prawdach. Nie wszyscy zostaniemy geniuszami, ale nikt nie jest przekreślony, bo każdy jest niepowtarzalny. Mamy prawo do tego, aby poznać smak tworzenia. I jeszcze jedno – nie chodzi o sławę, ale o satysfakcję samą w sobie, którą daje tworzenie. „Dawni Mistrzowie obywali się bez imion ich sygnaturą były białe palce Madonny (...)” Jednak – satysfakcja dla niej samej – to wyrażenie jest już chyba niemodne...? Zatrważające zjawisko ostatnich czasów to dewaluacja pojęcia „tworzenie”. Przyczyny spłycenia duchowej sfery naszego życia są chyba znane i trywialne. Przypomnę je jednak, gwoli ścisłości. Otóż są to: pogoń za sławą i pieniądzem oraz współczesne możliwości techniczne determinujące powstanie tzw. masowej kultury. Słowo „masowej” oznacza tutaj – zdolnej do wetknięcia chwytliwych banałów wielkiej grupie ludzi. Zubożającej zbiór doświadczeń jedynych w swoim rodzaju, na zasadzie: wszyscy jemy to samo – wszyscy możemy mieć biegunkę (i obyśmy się nie zderzali w drzwiach od toalety). Pragnienie sławy zostało doprowadzone do absurdu już w starożytności – patrz: spalenie biblioteki aleksandryjskiej. Obecnie mamy do czynienia z nierozerwalnym prawie związkiem sławy i pieniądza, który przyczynia się do zrównania poziomu kultury z ziemią. Ktoś uruchomił kiedyś machinę, której nie sposób już dziś zatrzymać. Jest to rodzaj samonapędzającego się mechanizmu, dla którego nie istnieje rozwiązanie dylematu pierwszeństwa jajka lub kury. Jego początek polega bowiem na zaistnieniu pewnej formy obu czynników jednocześnie na bardzo małą skalę. Oprócz ogólnego zduszenia kultury do formatu mieliźnianego i masowego upodabniania się do siebie wszystkich rezultatów „twórczego wysiłku” występuje jeszcze jeden niepokojący fenomen. Jest nim kierowanie większej części przysłowiowej pary w gwizdek. Mamy dzisiaj ogromną rzeszę rzemieślników produkujących, niemal metodą fabrycznej taśmy, „przeboje i bestsellery”, których siła tkwi w stojących za nimi układach i środkach finansowych. Nie zaglądają oni bynajmniej w swoje wnętrza (gdyby tak było, to oznaczałoby, ze nic w środku nie maja, a w to nie wierzę), lecz raczej we wnętrza swoich portfeli. Nieważne jest dla nich tworzenie, podobnie jak dla tych, którzy współtworzą kulturę poprzez jej sponsorowanie. Ważna stała się ilość kosztem jakości i wygląda na to, że zarabianie na kulturze prowadzi ją do dna. I może się okazać złudnym stwierdzenie, że przecież w końcu dotrzemy do tego dna i będzie się można odbić. Podobnie jak w przypadku rodzimego przemysłu samochodowego, dno prawdopodobnie odpadnie i będziemy spadać dalej. Oczywiście coraz trudniej w dziedzinie sztuki trafić na nie poznane dotąd obszary. Świat kultury podąża do przodu coraz mniejszymi kroczkami. Lepsze to jednak niźli dreptanie w miejscu z przytupywaniem, które proponuje nam większość idoli. Nie powinniśmy zaprzestawać poszukiwań. Poza tym – nikt mi nie wmówi, że kaszanka to też jedzenie. Sveeg – wróg kaszankicytaty pochodzą z :
| |||