now@ on-line  kwiecień  2002

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


w tym wydaniu: 

AKI:

 
 

Sveeg

Dzień piąty

To był w miarę zwykły piąty dzień. Pomimo, że masy powietrza podnosiły się
z wizgiem, niewiele jeszcze było skroplonej pary i promieniowanie słoneczne dobijało się
do mojej skóry poprzez kilometry atmosfery i milimetry ubrania. Szedłem, uwalniając myśli od poczucia drogi. Wiedziałem, że zmierzam w dobrym kierunku, ponieważ uczucie odprężenia rosło, a organizm powoli przestawiał się na dialog mózgu z mięśniami. Trochę przeszkadzał tylko wrzask ścierających się metali. Co chwila wybuchały w głowie i nie pozwalały osiągnąć czystego stanu satori. Nie miałem też szansy na kontakt z łagodnym śpiewem natury. Światło pojedynczych zielonych egzemplarzy było skutecznie zagłuszane i sprowadzane do roli martwej dekoracji asfaltu. Ponieważ jednak czułem pod stopami nacisk Ziemi oraz poruszałem się sprawnie i bezboleśnie, nie miałem powodów do złego nastroju. Zresztą zgiełk zmniejszył się, gdy dotarłem do miejsc spokojniejszych lub, kiedy miejsca te dotarły do mnie, albo po prostu stały się. Przemieszczanie było właściwie bez znaczenia.

Po wykonaniu stu czynności drobnych i podobno potrzebnych można było wreszcie stanąć na brzegu. Spadałem ułamek sekundy, potem był ten znajomy dźwięk przebijania tafli wodnej i zanurzyłem się w zimnym uścisku cieczy. Powierzchnia skóry natychmiast oddała energię nowemu środowisku i całe ciało krzyknęło ukłute chłodem. Delektowałem się popłochem wywołanym wśród receptorów i chwilowym zamarciem poprzedzającym totalną mobilizację. Moment później ciepło z wnętrza dotarło do przerażonej skóry. To było oczywiście za mało. Należało płynąć. Najpierw na powierzchnię – po tlen, potem przed siebie – aż po zanik banalnego rozumowania. Szerokie, swobodne ruchy ramion zapewniały dobrą mobilność. Chwytałem powietrze równo, ból powodowany zmęczeniem smakowałem bez zachłanności. Wkrótce pozostałem sam na sam z upływem czasu. Minuty ulegały deformacjom, skracały się, wydłużały, urywały w połowie, zamieniały miejscami. Wypełniało je pulsowanie krwi i praca płuc. Znikło pragnienie dotarcia dokądkolwiek. Zawisnąłem ponad sobą, czyli odnalazłem moją starą kryjówkę, w której można przestać dbać o cokolwiek. Uspokojony umysł zasnął. Po wszystkim czekałem jak zwykle na deser i nie zawiodłem się. Błogi stan upojenia endorfinowego dopełniał katharsis.

Byłem punktualnie. Znajome drzwi i twarze dodawały otuchy. Działanie endokryn jeszcze nie ustało i dlatego był to idealny czas na pogłębienie oddechu. Wszystko odbywało się jak zawsze. Po wytłumaczeniu wszystkim stawom, jak powinny się zachowywać, poprawialiśmy elastyczność ścięgien, a potem próbowaliśmy zrozumieć zasady nieszkodliwego przygotowania do obrony i walki poprzez oddech, koncentrację i rozluźnienie. Nie całe moje doświadczenie w oddychaniu pochodzi z tego miejsca, ale to tutaj udało mi się pierwszy raz odczuć kanał biegnący wzdłuż kręgosłupa. Tak, trzeba tylko zapomnieć, że posiada się ograniczone ciało, wbić się w ziemię i pozwolić na to,
aby ciepło i mrowienie krążyło w środku w ślad za umysłem. To proste i trudne zarazem. Pamiętam, że na początku wygląda to pokracznie i naprawdę śmiesznie. To znaczy –
na początku w ogóle nic w środku nie krąży. Najpierw jest wiele godzin oddychania i prób ogarnięcia ruchu, dopiero potem odnajduje się kocią gładkość i miękkość kroków. A jeszcze później oddech i energię wewnątrz. Wielu z nas ma to przed sobą. Tym razem, ponieważ był to zaiste zwykły piąty dzień, nie odkryłem niczego nowego. Panowałem po prostu nad formą.
Przemierzając przestrzeń wyczuwałem rytm. Miałem świadomość łączności między stopami i dłońmi. Chwilami obejmował mnie całkowity bezwład, a mimo to poruszałem się – nie czując żadnego wysiłku, żadnego napięcia. Wiem, że przez krótkie momenty dotykałem istoty praktyki. Potrzebuję jeszcze lat na osiągnięcie odpowiedniego poziomu.

Wyszedłem na zewnątrz. Moje ciało sprawiało wrażenie ciężkiego, ale był to ciężar związany z relaksem. Wiedziałem, że zgromadziłem nowe pokłady sił, bezcenne zapasy, które zostaną użyte w swoim czasie. Wszelkie hałaśliwe niepokoje przykryte zostały grubą warstwą zmęczenia. Był to jednak zarazem odpoczynek. Zapanowała wielka cisza. Obserwowałem wszystko z perspektywy kosmosu. Świat zwolnił, obracał się z namysłem, delikatnie, jakby nie chciał zaburzyć odwiecznego porządku jakimś niespodziewanym, gwałtownym wypadkiem. Nie zajmowałem stanowiska. Nie miałem nic do powiedzenia,
bo opisy stały się niepotrzebne. Wystarczało, że obserwowałem. Czułem się wolny. Pulsowanie istnienia było piękne, nawet tutaj, gdzie w istnieniu niewiele można dostrzec rewelacji. Właściwie nie zatrzymywałem wzroku na niczym. Płynął poprzez widoki, razem ze mną, to znaczy – z tym punktem w przestrzeni, w którym dokonywało się patrzenie. Wszystko było proste i jasne. Ludzie, ich budowle i ich narzędzia - układało się to w czysty, logiczny obraz. Potem zauważyłem, jak każdego piątego dnia, że widoczność słabnie. Szarzało. Pojawiły się pierwsze rysy. Najpierw były to sygnały słabe jak zanikające echo. Potem nasiliły się i trzeba było się zabrać za ich porządkowanie.

Powoli wracałem, a raczej – to do mnie wracały kąśliwe bodźce otoczenia. Tak jest zawsze, bo tak musi być. Ucieczka nie może trwać wiecznie. Dzień piąty, w którym zwykle nadarza mi się sposobność oderwania od zwykłego poziomu egzystencji, kończył się. Po pokoju latały muchy. Ciśnienie spadało. Wiedziałem, że mój system immunologiczny dozna jak zawsze niewielkiego wstrząsu. Jak zwykle w takich przypadkach zastanawiałem się przez chwilę, czy nie udać się do najbliższego serwisu i po raz kolejny doszedłem do wniosku, że większego sensu to niestety nie ma, ponieważ nasze serwisy są zupełnie bezradne, jeżeli chodzi o ogólnosystemowe wstrząsy. Zajmują się tym jedynie serwisanci hen, hen, na Dalekim Wschodzie. Postanowiłem zatem zapaść w głęboki sen, który miałem przecież gwarantowany przez ewolucję. Byłem pewien, iż nazajutrz dokonam wielu rzeczy. Między innymi – zdobędę dobro, którego nie zdobędę.

Sveeg – przyjaciel kotów

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów        http://nowamedia.w.interia.pl