now@ on-line  kwiecień  2002

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


w tym wydaniu: 

AKI:

 
 

Polskie życiorysy

Barbara Litwiniukowa

Jeden z wielu – Edward Boehm

( 1907 – 1940 )

Dziwnie w oczach przypadkowych świadków na ulicy Charkowa wyglądała rozmodlona grupa ludzi, stojących przy światłach i kwiatach złożonych przy bocznej bramie, którą prawdopodobnie wywożono ciała zamordowanych. A w Starobielsku chodziliśmy ze ściśniętym sercem po terenie dawnego obozu wśród zaniedbanych budynków, pomalowanych na jaskrawożółty kolor. Na pustej cerkwi przybito nawet skromną tabliczkę. Mogliśmy także wejść do „bloku kapitańskiego”, w którym dziś mieszczą się sypialnie młodych żołnierzy jednostki, zajmującej cały ten teren. Pytali nas zdziwieni, co i kiedy tu się działo. W rozmowie jeden z nich zauważył, że właśnie specjalnie Polacy mają w zwyczaju długo pamiętać i nigdy nie zapominać faktów ze swojej historii i ludzi zasłużonych, którzy ją tworzyli. Ale czy tak jest rzeczywiście?

Brat mój Edward urodził się w styczniu 1907 roku we Lwowie jako pierworodny ukochany syn swojej osiemnastoletniej wówczas matki Anny z Janickich, przemyślanki, i starszego nieco ojca Edwarda Boehma, który po odbyciu służby w marynarce austriackiej osiadł we Lwowie.

Jego dzieciństwo w powiększającej się rodzinie, szczęśliwe mimo przeżywanych wspólnie braków i zagrożeń w czasie Wielkiej Wojny i Obrony Lwowa przebiegało na terenie Zakładu Kulparkowskiego, gdzie ojciec przepracował trzydzieści cztery lata jako kierownik techniczny. Edek był dzieckiem bardzo ruchliwym i pełnym inicjatywy. Od najmłodszych lat kopał piłkę, spośród miejscowej młodzieży zorganizował drużynę. Potem współdziałał przy projektowaniu i budowie kortu tenisowego i boiska do siatkówki na terenie zakładowego „parku angielskiego”.

W latach dwudziestych uczęszczał do VIII Państwowego Gimnazjum Realnego im. Króla Kazimierza Wielkiego. Obowiązki gospodarza klasy pełnił tam Kazimierz Brończyk, znany poeta, katechetą był ks. prof. Jan Ciemniewski, a historię wykładał Czeslaw Nanke. Serdecznymi zaś kolegami Edka byli m.in. Bolesław Popielski, późniejszy profesor kryminalistyki we Wrocławiu, Leopold Pobóg-Kielanowski – aktor i dyrektor teatru w Wilnie, a potem w Londynie, kompozytor Roman Palester, architekt Zbigniew Haich, znany jako autor albumów ze szkicami lwowskiej architektury, oraz przyszłe ofiary Katynia – Julek Dziurzyński, lekarz wojskowy i kapitan artylerii Mieczysław Wronka.

Wieczny student

Po złożeniu matury w roku 1925 Edward podjął studia na Oddziale Elektrotechnicznym Wydziału Mechanicznego Politechniki Lwowskiej. Trwały one, z przerwą na służbę wojskową rozpoczętą w roku 1929 w Szkole Podchorążych Rezerwy Wojsk Łączności w Zegrzu, a także z racji rozlicznych zainteresowań ubocznych „wiecznego studenta” - przeszło dziesięć lat! W Centralnym Archiwum Wojskowym w Rembertowie zachowały się dokładne dane i wzruszające wręcz opinie o przebiegu służby wojskowej mego brata, ćwiczeń i awansów, aż do stopnia podporucznika rezerwy.

W latach dwudziestych przez dwa sezony brał czynny udział w budowie II Domu Techników. Potem pochłonęło go życie korporacyjne. Grał też namiętnie w tenisa, doskonalił jazdę na nartach, szkoląc i mnie cierpliwie w tych umiejętnościach. Pamiętam te zestawy najrozmaitszych smarów do nart – które musiałam sama umieć stosować. Odbył długą wyprawę motocyklową wzdłuż Podkarpacia, należał do Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego. Słynny był jego duży i ciężki plecak własnego pomysłu na specjalnym stelażu i z wymyślnymi kieszeniami i schowkami, nieco wyśmiewany przez kolegów, ale cierpliwie i starannie wykonany przez Fachowca – a także zbiór sztabówek i innych map – precyzyjnie rozciętych i podklejonych na mocnym płótnie. Interesowała go fotografia. Następnie przerzucił się na wyspecjalizowaną hodowlę dalii. Zdobył nawet srebrny medal na wystawie kwiatów we Lwowie w roku 1938, czego mu zazdrościli zawodowi ogrodnicy. Nieznanymi mi też drogami trafił do środowiska inwalidów wojennych, szczególnie przyjaźniąc się z niewidomym kapitanem Kłakiem, a także znając Edwina Wagnera, prezesa Związku Ociemniałych Żołnierzy RP, był jego towarzyszem i opiekunem na zjeździe w Warszawie w roku 1930.

Mleko zamiast piwa

W czasie gdy odbywał praktykę w Zakładach Skody w Pilźnie, wsławił się na oficjalnym przyjęciu przy degustacji piwa prośbą o szklankę mleka jako niezłomny abstynent i nigdy nie palący młody mężczyzna. Edek lubiany był powszechnie za swój miły sposób bycia, różne fantazje i dowcipy typu practical jokes. Pamiętam kupowane u Zalewskiego pierogi z marcepanu, ukrywane między domowymi, które niespodziewanie zmieniały swój smak w ustach zdumionych gości, albo jeszcze przewrotniejsze żarty ze szklankami z maleńkimi dziurkami ukrytymi wśród ozdobnych rżniętych wzorów, z których po przechyleniu do ust wyciekał płyn na brodę zawstydzonego biesiadnika. Kiedy indziej, w Poniedziałek Wielkanocny zraszał dyskretnie wodą kwiatową twarz panny całowanej w rękę – z balonika przyciskanego drugą ręką w kieszeni, połączonego gumową rureczką z kwiatkiem w butonierce. W roku 1935 współorganizował zjazd koleżeński na dziesięciolecie matury jeszcze w sporym, nie uszczuplonym wojną gronie. Lata uciekały – po uzyskaniu absolutorium wciąż jeszcze daleko było do pełnego dyplomu. W końcu podjął pracę jako urzędnik w Polminie i w marcu 1938 roku ożenił się z kuzynką Marią Janicką, nauczycielką. Było to szczęśliwe małżeństwo romantyków kochających muzykę, poezję i mądre książki.

Przerwana idylla – wojna

Wojna zastała go w rodzinnym Lwowie. Powołany do wojska jako oficer rezerwy we wrześniu 1939 roku brał udział w obronie Lwowa i tam właśnie, pełniąc służbę na Poczcie Głównej 17 września przeżył równocześnie dwa wstrząsy: kiedy na sąsiedni gmach Seminarium Greckokatolickiego spadła niemiecka bomba, w tym momencie odebrany meldunek telegraficzny powiadamiał o przejściu granicy Polski przez wojska sowieckie.

Posłuszny rozkazom dowództwa, nie ulegając namowom na zrzucenie munduru, zdążył tylko pożegnać żonę i zgłosił się na ogólną odprawę oficerów, z której już nie wrócił. Pierwszą wiadomością o jego drodze na wschód była napisana 28 września w Stanisławowie i wyrzucona z pociągu kartka o tym, że znajduje się razem z innymi oficerami w transporcie i jedzie w niewiadomym kierunku. Przyniósł ją przypadkowy znalazca, wracający z tułaczki, nauczyciel z Krakowa, pan Barszcz.

Potem zaczęły już przychodzić nieliczne pocztówki, listy i depesze ze Starobielska – w sumie było to siedem wiadomości – od 27 listopada 1939 do 11 kwietnia 1940 roku.

Brat pisał z największą powściągliwością o warunkach, w jakich żyli. Troszczył się przede wszystkim o losy pozostawionej rodziny i czekał z początku na możliwość szybkiego wyjaśnienia się statusu więźniów czy jeńców wojennych, a nawet łudził się chwilami, że uda mu się uzyskać wcześniejsze zwolnienie na podstawie starań o możliwość ukończenia studiów na Politechnice. Prosił usilnie żonę, aby podjęła takie próby. W początkowych miesiącach łagodnej jesieni jeńcy nie odczuwali jeszcze braków zimowej odzieży, ale w listopadzie prosił już o szalik, ciepłe rękawiczki, skarpety i kilka toaletowych drobiazgów, przepraszając za kłopot i wydatki. Chyba, żeby nas uspokoić co do niedostatków ich wyżywienia opisywał nawet, że dostają różne gatunki ryb, a dokupić jeszcze mogą cukier (3,50 rubli za 1 kg) i masło (18-20 rubli za 1 kg) i nawet chałwę (6,60 rubli za kg). Takie dane pochodzą z listu pisanego 3 stycznia 1940 roku. Może potem było gorzej. A przy tym dodatkowo towarzyszyła im wciąż muzyka z głośników – nawet Chopin i Beethoven oraz operowy Szaliapin. W jednym z trzech obszernych listów dostaliśmy ołówkowy portrecik brata, który miał nam pokazać, jak dobrze wygląda. W marcu doszła nas tylko jedna depesza i 11 kwietnia nadana ostatnia – podpisana wspólnie z dwoma lwowskimi kolegami Zbigniewem Barwiczem i Mirkiem Latyńskim – ze znamiennymi słowami: „oczekujcie cierpliwie na dalsze wiadomości”. Gdy w dwa dni później, 13 kwietnia wywożono całą naszą pięcio-osobową rodzinę do Kazachstanu, brat mój Edward prawdopodobnie został wpisany w tym czasie pod numerem 173 na listę jeńców do likwidacji.

Naturalnie jeszcze przez rok pisaliśmy do Starobielska. Zawsze bez odpowiedzi. W naszej izbie u Kazachów za stół służyła nam nie wysłana skrzynia, przygotowana w kwietniu do wysyłki transportem kolejowym ze Lwowa do Starobielska. Straszne wiadomości o grobach znalezionych w Katyniu dotarły do nas w czasie tygodni tak zwanej paszportyzacji – do matki rozpaczającej na „karnych robotach” w dalekim sowchozie – do nas z bratową, w więzieniu w Semipałatyńsku.

Żywi jadą do martwych

Już tylko mnie, najmłodszej z rodzeństwa, dane było dotrzeć po latach do tych tragicznych miejsc. Właśnie 4 grudnia 1991 roku w ramach ogólnopolskiej pielgrzymki Rodzin Katyńskich składałam kwiaty i zapalałam świece w lesie pod Charkowem w Piatichatkach, gdzie w roku 2000 miał powstać cmentarz wojskowy jeńców z obozu w Starobielsku. Tegoż dnia byliśmy w Charkowie w tym samym gmachu dawnego NKWD przy ul. Dzierżyńskiego, gdzie nam pozwolono zapalić światła na zewnątrz, ponieważ skrzydło więzienne tej instytucji, w którym odbywały się egzekucje już nie istnieje.

Dziwnie w oczach przypadkowych świadków na ulicy wyglądała rozmodlona grupa ludzi, stojących przy światłach i kwiatach złożonych przy bocznej bramie, którą prawdopodobnie wywożono ciała zamordowanych.

A w Starobielsku chodziliśmy ze ściśniętym sercem po terenie dawnego obozu wśród zaniedbanych budynków, pomalowanych na jaskrawożółty kolor. Na pustej cerkwi przybito nawet skromną tabliczkę. Mogliśmy także wejść do „bloku kapitańskiego”, w którym dziś mieszczą się sypialnie młodych żołnierzy jednostki, zajmującej cały ten teren. Pytali nas zdziwieni, co i kiedy tu się działo. W rozmowie jeden z nich zauważył, że właśnie specjalnie Polacy mają w zwyczaju długo pamiętać i nigdy nie zapominać faktów ze swojej historii i ludzi zasłużonych, którzy ją tworzyli.

Ale czy tak jest rzeczywiście?..

Barbara Litwiniukowa


Od redaktora cyklu „Polskie życiorysy” : Drodzy Internauci, Czytelnicy! Czy ktoś z Was może stracił kogoś bliskiego w Charkowie lub Piatichatkach? Czy ktoś może coś wie o losach Edwarda Boehma – polskiego oficera, jeńca i więźnia Starobielska i Charkowa? Pani Barbara Litwiniukowa będzie wdzięczna za każdy okruch informacji o zamordowanym bracie. Nasz cykl nie dotyczy tylko osób zmarłych, zabitych, poległych. Będziemy pisać o Polakach, żyjących współcześnie w kraju lub na świecie. Polakach nieznanych lub znanych, których drogi życiowe były niezwyczajne. Jeśli ktoś z Was chciałby o kimś napisać, proszę o wiadomość pod jeden z dwu moich adresów E-Mail: starm@poczta.onet.pl lub mariusz.dastych@inetia.pl Odpiszę wszystkim. – Mariusz Dawid Dastych.

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów        http://nowamedia.w.interia.pl