now@ on-line  kwiecień  2002

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


w tym wydaniu: 

AKI:

 
 

AKI

Zyga zwany też Bolcem

Nikt nie wiedział jak nazywał się naprawdę ani też kiedy i skąd tak właściwie się wziął. Wydawało się, że był od zawsze. Stanowił całość z otoczeniem. Zlewał się z tłem. Nigdy nie zaliczał się do wysokich mężczyzn. A teraz, kiedy garbił się coraz bardziej sprawiał wrażenie jeszcze niższego aniżeli był w rzeczywistości. Ubrany był w długi do połowy łydek, poplamiony i poprzetykany licznymi łatami o nieokreślonej barwie płaszcz. Przepasany był sznurem, a właściwie jakimś rodzajem taśmy. Na głowie nosił coś, co kiedyś niewątpliwie nosiło dumne miano kapelusza. Siwe niegdyś włosy, obecnie przybrały kolor popiołu o żółtym odcieniu. Pozlepiane w strąki i skołtunione opadały w nieładzie na ramiona. Niechlujny zarost skrywający twarz pozbawioną cienia uśmiechu, radości, czy jakiejkolwiek nadziei. Puste, zapadnięte głęboko oczy pozbawione blasku...

Szedł wolno, własnym tempem, lekko, acz wyraźnie powłócząc jedną nogą. Za sobą ciągnął dziwaczny wehikuł, który kiedyś mógł być najzwyklejszym dziecięcym wózkiem. Teraz jednakże, podobnie jak kapelusz zupełnie nie przypominał swego pierwowzoru. Szedł swoją stałą trasą. Po codziennej wędrówce w poszukiwaniu wszystkiego, co można sprzedać lub wykorzystać w jakikolwiek inny sposób wracał do czegoś, co obecnie było jego domem Zyga zwany też Bolcem.

Swe codzienne zajęcia skończył dziś wcześniej. Nie dlatego jednak, że tak chciał. To okoliczności do tego go zmusiły. Ludzie bowiem nazywają ten dzień Wielką Sobotą. Kiedyś i on tak go nazywał. Było to jednak dawno, bardzo dawno temu. Wówczas miał jeszcze rodzinę, dom, nazwisko, pracę, pieniądze. Wówczas mówiono o nim „porządny człowiek”. Rzucił to wszystko z dnia na dzień. I tak naprawdę nikt nie znał powodów tej decyzji. Po prostu wyszedł z domu i dotychczas nie powrócił.

Przeszłość. Nie lubił o niej myśleć. Nie po to wszystkiego się wyrzekł. Starał się też nie żałować nigdy swego kroku, choć miał kilka bardzo trudnych momentów. Najgorzej wspominał ten dzień, kiedy po raz pierwszy odkąd wszystko porzucił zobaczył Ją. Wciąż była piękna, choć przybyło jej kilka zmarszczek wokół oczu i ust. Nie poznała go. Patrzyła na niego, jak na mijaną właśnie latarnię. Tego dnia, po raz pierwszy od dłuższego czasu dokładnie przejrzał się w lustrze. Zrozumiał, że nie musi już się ukrywać. Może żyć w swoim mieście, przechodzić obok swojego dawnego domu, grzebać w swoim dawnym śmietniku. Nikt nie zwraca na niego uwagi. Był nikim. A minęły zaledwie dwa lata...

Boże Narodzenie? Wielkanoc? Obecnie święta nie miały dla niego większego znaczenia. Ot potem ludzie wyrzucą więcej niż zwykle. Teraz bardziej przejmował się porannymi chłodami, deszczem czy awarią wózka. Na dodatek nie czuł się ostatnio najlepiej. Suchy, dokuczliwy kaszel męczył go coraz bardziej. Od dawna też cierpiał na bezsenność. Dla niego każda noc była Wielka. Wielka, długa, zimna i samotna. Ile takich Wielkich samotnych nocy już przeżył? Czy ta, prawdziwie Wielka będzie kolejną, którą dane będzie mu przeżyć?

Zapadał w krótkie nerwowe drzemki, by budzić się z nich po chwili. Różnica pomiędzy snem a jawą stopniowo się zacierała. Stracił poczucie czasu. Widział jakieś postacie, słyszał głosy. Nie był jednak tym zdziwiony. Nie pierwszy raz był w takim stanie. Głosy nawiedzały go od dawna. Początkowo, znane mu z poprzedniego życia natarczywie nawoływały go do powrotu na łono rzeczywistości, do dawnego świata, do ludzi. Z czasem ucichły. Pojawiły się inne, nowe. Te lubił najbardziej. Toczył z nimi wielokrotnie zażarte dyskusje na najprzeróżniejsze tematy. Od sensu ludzkiej egzystencji począwszy, poprzez wojnę w Czeczeni, wybory parlamentarne a na cenach skupu surowców wtórnych kończąc. Jednak Głos, który usłyszał teraz, o świcie pojawił się po raz pierwszy. Łatwo go jednak rozpoznał. Wreszcie dziś nadarzyła się doskonała okazja, by zadać to pytanie, które nieraz powracało. Okazja, na którą tak długo czekał. Nie było mu jednak łatwo. Bał się odpowiedzi, którą usłyszy. Postanowił zaryzykować – „czy i za takich jak ja umarłeś?”. Odpowiedź zagłuszył potężnie brzmiący dźwięk dzwonów. To w pobliskim kościele odbywało się nabożeństwo zwane rezurekcją. Może zresztą nie był to dźwięk dzwonów? Może to był szum skrzydeł Anioła, który przybył, by złożyć pocałunek śmierci na ustach swego wybrańca?

Po dwóch dniach Zygę znalazł inny kloszard – Niemy. On jako jedyny nieznacznie zbliżył się do Zygi. Może z racji tego, że prawie nigdy się nie odzywał, więc też tym samym nigdy o nic nie pytał. Śmierć, którą właśnie oglądał nie zrobiła na Niemym specjalnego wrażenia. Od razu pomyślał, że oto jest rejon do przejęcia a także i trochę rzeczy, ot choćby wózek. Zastanawiała go jednak inna, bardzo dziwna rzecz. Mianowicie wyraz twarzy starego Zygi. Nie mógł pojąć, co też mogło takiego się wydarzyć, że ten zagorzały ponurak za życia, po śmierci leży sobie i najzwyczajniej w świecie się uśmiecha. Niemy nie mógł wiedzieć o tym, że Zyga jednak usłyszał odpowiedź na swoje ostatnie w życiu pytanie...

Jak zwykle każdego ranka podeszła do okna i wyjrzała na zewnątrz. Poranne promienie słońca zagościły na jej twarzy. Delikatne zmarszczki wokół oczu stawały się wyraźniejsze, kiedy marszczyła czoło. Dziś znowu nie przyszedł. Ciekawe, co mogło się stać? Przyzwyczaiła się już do tego człowieka, który grzebał w pobliskim śmietniku. Nawet na swój sposób czuła do niego jakąś nić sympatii. Być może z powodu tego, że dziwnie jej kogoś przypominał...

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów        http://nowamedia.w.interia.pl