| ||||
|
w tym
wydaniu:
AKI: burak wydania: Doti: erenice: Barbara Litwiniukowa: PiS: Sveeg: Marek Wojciechowski: Romuald Szeremietiew: TG: |
AKI Wędrówka za Niebieską Grań „...dobrowolnie przyrzekam pod słowem honoru, że póki zdrów będę, na każde wezwanie(...), bez względu na porę roku, dnia i stan pogody, udam się w góry(...), w celu poszukiwania zaginionego i niesienia mu pomocy(...), pamiętając, że od mego postępowania zależnym może być życie ludzkie...” Przedostatni dzień roku 2001 wstał zimny i ponury. Właściwie trudno było dziś zauważyć ten moment, kiedy mrok nocy przeszedł w światło dnia. Wiatr zmęczony nocną hulanką przycichł nieco. Jedynie płatki śniegu niezmordowanie układały się kolejnymi warstwami na wszystkim, co napotkały na swej pionowej drodze. W sennym jeszcze, otulonym śniegiem niczym puchową pierzyną schronisku, powoli budziło się życie. Nieliczni turyści zmęczeni nocnym zawodzeniem wiatru podchodzili do zasypanych w połowie okien i spoglądali na zewnątrz. Widok, ograniczony przez padający gęsto śnieg do kilkunastu metrów nie był pocieszający. Widoczna jedynie mała część wielkiej, białej równiny ginącej gdzieś tam w śnieżnej otchłani to skuta lodem tafla Morskiego Oka. Wnętrze, w porównaniu z zaokiennym widokiem sprawiało wrażenie ciepłego i przytulnego. Nad rozstawionymi na stolikach kubkami unosiła się para. Delikatny aromat kawy począł ustępować znacznie bardziej agresywnemu zapachowi smażonej jajecznicy. Słychać było brzęk naczyń i gwar rozmów. Głównym tematem o dziwo nie był przypadający już jutro Sylwester, lecz fatalne, stale pogarszające się warunki pogodowe. Nagle wszystko to ucichło. Obecni z niedowierzaniem patrzyli na dwójkę turystów, którzy właśnie wyruszali na szlak. „Nie moja sprawa”, „są dorośli”, „wiedzą, co robią” – to tylko niektóre usprawiedliwienia na swój brak reakcji, jakie przyszły im do głowy. Czyż nie jest podobnie, gdy widzimy pijanego, który siada za kierownicą samochodu? Już po chwili dwie, samotne sylwetki wtopiły się w biały krajobraz. Szli raźno. Jeszcze mieli w pamięci obraz tych spojrzeń, kiedy wychodzili. Nikt się nie odważył, tylko oni. Uważali się za „ludzi gór”, choć mieszkali na Wybrzeżu. Wędrowali tzw. „ceprostradą” na Szpiglasową Przełęcz. Byli tu latem. Łatwizna. Tak przynajmniej im się wydawało. Już niebawem jednak mieli się przekonać, jak bardzo się mylili. Ale póki co, jeszcze nie zdawali sobie sprawy z tego, że oto właśnie rozpoczęli ostatnią wędrówkę w swoim niezbyt długim życiu. Strzeliste wierzchołki śmiało i dumnie dotykające nieba. Granitowe ściany, nagie żleby, skalne półki, kamienne piargi i zdradliwe rozpadliny. Tatry. Poszarpane i nieregularne. Trwają tu od wieków. Ich monumentalny spokój sprawia niesamowite wrażenie. Im nie straszne są śniegi, wiatry czy deszcze. Surowe i dzikie. Cudowne i niepowtarzalne. Potrafiące jednakże zazdrośnie strzec swego nieokiełznanego piękna, swej tajemniczości i czaru. Nie każdemu dane jest poznanie ich niezwykłego uroku. Wielu już boleśnie o tym się przekonało. Niektórzy pozostali tu na zawsze, zaklęci w kamień. Jakże żałośnie na ich tle wyglądają te dwa maleńkie, mozolnie i wolno poruszające się ludzkie punkciki. Góry nie lubią, gdy tak się je lekceważy. Ile jeszcze tragedii potrzeba, ile ofiar, by w końcu wszyscy to zrozumieli? Około czternastej w siedzibie Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego ogłoszono alarm. Ze Szpiglasowej zeszła lawina porywając prawdopodobnie dwójkę turystów. Ekipa ratunkowa wyruszyła natychmiast. Tylko zdecydowane i szybkie działanie może przynieść powodzenie. Teren jest trudny, pogoda fatalna a oni muszą się spieszyć. Było ich ośmiu. Szli szybko, choć ostrożnie. Czerwone kurtki ratowników nawet przy tej pogodzie wyraźnie odcinały się od mglisto – białego tła. Inna struktura śniegu, to tu zeszła lawina. Byli na miejscu. Krótkie komendy, każdy i tak wie, co do niego należy. Rozpoczęli poszukiwania. Teraz stąpali jeszcze ostrożniej. W końcu któż lepiej aniżeli oni może zdawać sobie sprawę z grożącego niebezpieczeństwa. Wiedzieli na co się ważą, ale cóż, jak mawiał ich prekursor Klimek Bachleda „ mus cłeka ratować”.Wtem wszystko straciło stabilność. Wielka biała masa ruszyła im spod nóg, nabierając powoli szalonego tempa. Na moment, który wydawał się trwać wiecznie zapadła absolutna ciemność. Stopniowo narastał tępy, przytłumiony nieco hałas. Wszystko zatrzymało się kilkadziesiąt metrów niżej. Nastąpiła przejmująca cisza. Po chwili śnieżny pył opadł. Patrząc na te bezkresną, niczym nie skażoną biel, aż trudno było uwierzyć, że oto po raz drugi tego dnia, w tym miejscu olbrzymie zwały śniegu przyniosły śmierć. Zginęli niemal identycznie jak Ci, którym nieśli pomoc, ale na tym kończą się wszelkie analogie. W taki to sposób odeszło dwóch prawdziwych Ludzi Gór, dwóch ratowników tatrzańskich spieszących na ratunek innym. Powędrowali tam, skąd nie ma już powrotu, hen daleko daleko za Niebieską Grań... Zima. Wszędzie biało i puszysto. Śnieg nieśmiało skrzy się w bladych promieniach słońca. Ciszę tej przepięknej zimowej scenerii zakłóca jakże smutna uroczystość. Dwie trumny z jasnego drewna złożone na saniach, do których zaprzężono ciemnej maści konie. Skupione, zamyślone, pełne melancholii twarze ratowników GOPR po bokach sań. Tysiące ludzi idących w milczeniu. Góralska kapela. Błękitny Krzyż przepasany kirem. Brzemienne, białe drzewa składające ostatni pokłon. Wysokie dźwięki góralskiej muzyki przepełnionej dziś dodatkowym ogromem tęsknoty i żalu za czymś nieopisanym, nieuchwytnym, czymś utraconym na zawsze. Pęksów Brzyzek. To tu według zwyczajowego prawa spoczywają tragicznie zmarli ratownicy. Szkoda, że ludzie którzy jakże często szafują bez potrzeby życiem innych, nigdy tu nie zaglądają. Może wystarczyłaby, choć krótka chwila zadumy w tym szczególnym miejscu, by chociaż jeden z nich zawrócił z drogi prowadzącej prosto nad skraj przepaści...
| |||