now@ on-line  luty  2002

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


 

AKI

Łza

Wątpliwości? Do tej pory nie miał ich nigdy. Całe swoje młode życie podporządkował temu jednemu celowi. O „Sprawie” dowiedział się bardzo wcześnie, jeszcze w dzieciństwie. Wyrastał w środowisku, w którym nie mówiono o niczym innym. Choć był wątły i chorowity, nigdy nie wdawał się w żadne bójki, nie brał udziału w zamieszkach, nie rzucał kamieniami to właśnie on został wybrany. Nie zdziwił się. Nie było w tym nic niezwykłego i raczej stanowiło powód do dumy. Po pierwszych chwilach, pełnych radosnej euforii przyszło rozczarowanie. Nic się nie działo. Niczego od niego nie żądano, chociaż kipiał energią i gotów był na wszystko. Miał żyć jak dotąd i... czekać. Musiał jedynie uczyć się różnych niezrozumiałych wówczas rzeczy i wiele podróżować. Nie tak jednak wyobrażał sobie swoją misję. Z czasem czekanie spowszedniało. Życie i młodość brały górę.

Nieuchronne nadeszło cicho i niespodziewanie. Wszystko nabrało szalonego tempa. Z dnia na dzień musiał porzucić całe swoje dotychczasowe życie. Oto leci teraz spełnić swe zadanie. Misję, do której wybrano go dawno temu. Jednakże coś, na co tak długo niecierpliwie oczekiwał, o czym wielokrotnie rozmyślał popadając przy tym w pewien rodzaj ekstazy – rozczarowuje. Oto jak w tanim filmie widzi przed oczyma poszczególne odcinki swego życia. Znajome obrazy ludzi, domów, miast. Ponad wszystko to przebija się jednak i ciągle powraca postać Yasmin. Poznali się przecież tak niedawno. Jej brązowe, łagodne oczy wpatrzone w niego z miłością i oddaniem. Piękne, ponętne ciało, smagła cera... Wieczory, kiedy razem patrzyli w rozgwieżdżone niebo trzymając się za ręce. Wspólne spacery. Kamień, na którym nieznany autor wyrył ten wiersz i wielkie wrażenie, jakie na nich wywarł.

...I tylko zgrzyt zamykanego sumienia

przypominać nam będzie o tym spotkaniu.

I znów przyjdzie nam zmagać się

Z tą naszą codziennością,

Z jej blaskami i ciemnymi stronami –

Z jej ułomnością i jej pięknością –

A gdy nadejdzie jej kres nieważne staną się kolory,

Nieważne będą dźwięki.

Niebyt będzie obłokiem, tunelem i światłem nadziei,

Że będzie nam może darowane nowe życie, nowy los –

W zupełnie innej osobie.

I być może kiedyś kolejne reinkarnacje naszych ciał

Znajdą swą ostateczną formę...*

Czyż nie była to zapowiedź tego, co wkrótce miało nastąpić? Rodzaj swoistego znaku, który został mu przekazany? Nie, nie myślał wówczas w ten sposób. Nie dopuszczał do siebie takich myśli. A teraz? Już nigdy jej nie zobaczy, nie dotknie, nie usłyszy czułego szeptu... Czy ją oszukał? Może to ten właśnie obraz uparcie powracający, nie dający się żadną siłą usunąć ze świadomości spowodował, że zaczął wątpić.

Pot zalewa mu oczy. Wszystko, czego dotknie drżącymi dłońmi robi się śliskie. Mokra koszula lgnie do ciała. I to przerażające pytanie, które pojawiło się nagle, nie wiadomo skąd – „czy to naprawdę jedyna droga?”. Nigdy wcześniej nie miał żadnych wątpliwości, aż do tej chwili. Chwili najważniejszej w życiu. Chwili, na którą tak długo czekał. Pokrzykiwania towarzyszy nie brzmią przekonywująco. Są nerwowe, może nawet histeryczne. Nie przynoszą ukojenia, a wręcz odwrotnie. Pewnie i oni przeżywają podobne rozterki. Jednak akcja została dobrze zaplanowana. Nie znali się wcześniej. Pierwszy raz spotkali się kilka dni temu. Stąd też jeden obawia się drugiego i żaden nie wyraża wątpliwości na głos. Lecą więc na spotkanie z przeznaczeniem, a wraz z nimi kilkadziesiąt przypadkowych osób. Czy to jednak ma teraz jakiekolwiek znaczenie?

W dole leniwie marszczą się lazurowe wody zatoki. W oddali, promienie porannego słońca po raz pierwszy odbiły się od wypolerowanej, błyszczącej tafli szkła. To ściany budynku dumnie górującego nad okolicą. Jest wyższy i piękniejszy niż inne. Stanowi symbol i chlubę. Ale jego budowniczym z pewnością przez myśl nie przeszło, że oto zbudowali najokazalszy cmentarz świata. Budynek rósł w oczach. To kres ich podróży. Za moment osiągną zamierzony cel. Cel dzisiejszy tak, ale cel główny? Czy taki w ogóle istnieje?

Koniec. W obliczu tego, co nieuniknione, jego umysł stał się jasny i czysty. Poczuł się dziwnie lekko. Otaczającą rzeczywistość zaczął postrzegać z niezwykłą ostrością i jaskrawością. Dłonie przestały drżeć. Nie docierały do niego żadne bodźce zewnętrzne. Opanował go niesamowity, nie ziemski wręcz spokój. Pewnie i swobodnie, z makabrycznym wdziękiem wykonał ostatni manewr. Wszystko poszło tak łatwo. Czy ktoś spróbuje zrozumieć jego postępek? Wybaczyć? Już teraz wiedział, że będzie to trudne, jeśli nie nie możliwe. On sam tego do końca nie rozumie. Powiedziano mu, że tak trzeba, z takim przekonaniem wyrastał, w duchu takiej idei go wychowano. Teraz dla tej idei składa najwyższą ofiarę. A wszyscy ci ludzie? „Allah akbar, InszAllah, Allah ...

Spośród wielojęzycznego zgiełku głosów, jakie nieustannie we dnie i w nocy zanoszono do Niego, nagle wyróżnił się jeden. Był to głos w języku arabskim. Brzmiał inaczej niż inne. Nie prosił, nie dziękował, nie złorzeczył. Monotonnie powtarzał Jego imię. Głos zamilkł nagle, tak jak się pojawił. Ale wtedy odezwały się inne. Było ich wiele, bardzo wiele a ich liczba stale rosła. Dominowała w nich rozpacz i błagania. Zwrócił swe zmęczone oczy w tę stronę i pomyślał – „wielu odwróciło się ode Mnie wzgardziwszy przykazaniami Mymi”. Jego oblicze pocięte siatką ziemskich trosk było nie przeniknione. Gdyby jednak to było możliwe, wprawny obserwator zauważyłby z pewnością, jak po tej twarzy, z której od wieków emanuje jedynie miłość i dobroć potoczyła się łza...

* fragment wiersza „Jestem tylko człowiekiem”, autorstwa Doroty Szczurek

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów        http://nowamedia.w.interia.pl