| ||||
|
w tym
wydaniu:
AKI: zamach
Anna Rataj: burak wydania: micra: Paweł Kos-Nowicki: sir
John Eliot Gardiner
Solidarność: Zbyszek Koreywo: |
ZIM IDZIE WYŻ Bezrobocie pojawiło się w Polsce wraz z upadkiem systemu komunistycznego. Przez wiele lat zapewnienie pracy wszystkim obywatelom PRL było priorytetem dla socjalistycznych planistów oraz stanowiło o wyższości moralnej nad „zgniłym Zachodem”, którego gospodarka „nie dbała” o interesy klasy pracującej. Jednym z paradoksów socjalistycznej ekonomii było trwanie przy twierdzeniu, iż najlepszą drogą zwiększenia produkcji jest zwiększenie zatrudnienia. Podkreślano, że przynosi to pozytywne efekty gospodarce, jak i społeczeństwu Polski Ludowej. Dbając o pełne zatrudnienie planiści woleli zatrudnić 10 osób z liczydłami, niż jedną, ale „uzbrojoną” w komputer (musimy jednak pamiętać, że ograniczone możliwości finansowe nie pozwoliłyby na stworzenie miejsc pracy dla pozostałych 9). Wzrost produkcji poprzez zwiększanie zatrudnienia następował tylko do pewnego momentu, później koszty ciągłego przyrostu zatrudnionych zaczynały przewyższać wartość samej produkcji. Pod koniec drugiej wojny trwały intensywne prace nad zwiększeniem szybkości ówczesnych samolotów. Rozwiązanie wydawało się proste – zwiększyć moc silników. Wzrost mocy pociągnął jednak za sobą przyrost masy – samolot o napędzie śmigłowym nie mógł już latać szybciej. Wprowadzono więc silnik odrzutowy i lotnictwo rozwijało się dalej. O nowym napędzie dla polskiej gospodarki nikt nie myślał. Zmianom politycznym roku 1989 towarzyszyły przemiany gospodarcze. Polska wkroczyła na drogę budowy gospodarki rynkowej. Było oczywiste, że należy dokonać restrukturyzacji całych gałęzi przemysłu. Przebiegała ona nadzwyczaj dobrze, a zachodni eksperci nazwali Polskę „tygrysem Europy Wschodniej”. Negatywnym, lecz nieuniknionym, wynikiem przemian stało się bezrobocie. W pierwszym okresie zostali nim dotknięci pracownicy wielkich i nierentownych (czyli znakomitej większości) przemysłowych molochów PRL. Mimo rosnących inwestycji zagranicznych, większość z nich nie mogła znaleźć zatrudnienia ze względu na słabe wykształcenie i słabe przygotowanie zawodowe. Przykładem może być miasto Łódź, gdzie mimo dużej stopy bezrobocia trudno znaleźć pracowników potrafiących obsługiwać nowoczesne krosna tkackie. Po drugiej stronie barykady znaleźli się ludzie młodzi, absolwenci wyższych uczelni. Dyplom akademicki i znajomość języka obcego było kluczem do szybkich karier i dużych pieniędzy. W 1995 roku liczba bezrobotnych magistrów wśród ogółu bezrobotnych absolwentów wynosiła 2%. W prasie pojawiały się artykuły mówiące o straconym pokoleniu czterdziestolatków. Jednocześnie pocieszano się, że ich dzieci będą miały lepiej, że nowe pokolenie otrzymało szansą normalnego rozwoju. Sytuacja zaczęła się zmieniać pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Okazało się, że największą (55%) liczbę bezrobotnych stanowią ludzie w wieku 18 – 30 lat. Wśród ogółu absolwentów ci z wyższym wykształceniem w marcu 2001 r. stanowili 11%. Zadało to kłam twierdzeniu, że problem bezrobocia jest symptomatyczny dla ludzi słabo wykształconych. Socjolog Paweł Śpiewak mówi o „pokoleniu zablokowanego awansu”. Podkreśla, iż jest to pokolenie wyjątkowo dobrze wykształcone. „Tak dobrze wykształconych Polaków rzeczywiście nie było. I teraz ci młodzi ludzie, uważający się za dobrze wykształconych, nie będą mogli najprawdopodobniej znaleźć pracy zgodnej ze swoimi aspiracjami, nie będą też mieli możliwości awansu społecznego, ekonomicznego, jakie przypadły pokoleniu ich starszych kolegów.” (Rzeczpospolita 07. 05. 2001 r.) Patrząc na liczbę bezrobotnych magistrów należy pamiętać, że jest ona w rzeczywistości większa. Wielu ludzi po studiach po prostu nie traci czasu na rejestrowanie się w urzędach pracy (to w niczym nie pomoże), a część z nich podejmuje się prac, do wykonywania których dyplom akademicki nie jest niezbędny. Analizując ogłoszenia prasowe wyraźnie widać, że najbardziej poszukiwanymi pracownikami są osoby w wieku 25- 30 lat, mające ukończone dwa fakultety, znające dwa, a najlepiej trzy języki obce oraz posiadające co najmniej 5 letnie doświadczenie na stanowisku kierowniczym. Ilu absolwentów spełnia te warunki? We wrześniu 2000 r. trzech absolwentów Akademii Ekonomicznej w Poznaniu, po bezowocnym poszukiwaniu pracy w zawodzie, wyjechało do USA. Obecnie pracują „na czarno” – dwóch na budowie, trzeci jako dozorca domu w koreańskiej dzielnicy. Marek (absolwent wydziału historycznego) i jego dziewczyna Małgorzata (absolwentka anglistyki) od roku przebywają w Londynie. On jest pomocą kuchenną, ona pracuje w szkole językowej dla obcokrajowców. Bartek (absolwent prawa) od roku szuka pracy w zawodzie. Jest uparty i ma sponsorujących go rodziców. Michał (informatyk, świeżo po studiach) miał pecha. Obecnie nawet wśród informatyków szukają tych z doświadczeniem. „Gdybym tylko mógł urodzić się rok, dwa lata wcześniej” – mówi z ironicznym uśmiechem. Jakże inaczej wyglądają ich starsi koledzy. Krzysztof (informatyk, 28 lat) zaraz po studiach znalazł pracę. Załapał się do dobrej firmy. Przyznaje, że nie miał wcześniej zawodowego doświadczenia. Sławek (30 l, prawnik) miesiąc po studiach dostał prace w dobrej kancelarii. Monika (29 l. pedagogika) od 5 lat pracuje w agencji reklamowej. Wystarczył dyplom i znajomość angielskiego. Bartek (30 l. historia) pracuje na dobrym stanowisku w agencji PR. Andrzej (29 l. historia) po ukończeniu studiów w 1995 r. rozpoczął pracę w dziale public relations WBK. Sytuacja absolwentów pogarsza się z miesiąca na miesiąc. Duże miasta stopniowo przestają być Eldorado dla poszukujących pracy, ale tu mimo wszystko łatwiej o pracę. Częstokroć jednak dochodzi do sytuacji patologicznych, w których o znalezieniu zatrudnienia decydują znajomości. Joanna lat 25, absolwentka wydziału historycznego, trzyletniego studium społeczno – ekonomicznego i psychologii w marketingu i zarządzaniu (renomowana uczelnia 3 miejsce w Polsce, psychologia 2 miejsce), przez rok szukała pracy w Poznaniu i Warszawie. Wysłała ponad 120 ofert. Otrzymała odpowiedź na 10, wszystkie negatywne. W końcu zwróciła się o pomoc do rodziny. Po miesiącu została umówiona z szefem jednej z większych firm, które zakończyło się podpisaniem umowy o pracę. Wcześniej ta sama firma nawet nie odpowiedziała na jej zgłoszenie. Majka – pracownik działu rekrutacji – mówi; „ Obecnie, przy tak dużym bezrobociu, normalny proces rekrutacji jest fikcją. Co prawda prowadzimy rozmowy z częścią kandydatów, ale w ponad 90% przypadków o przyjęciu decydują znajomości. Jeśli wśród kandydatów znajdują się protegowani ludzi z firmy, to jest pewne, że pracę dostanie jeden z nich. Oczywiście ten, który ma większe „plecy”. W tym momencie przestaje się liczyć wymagane wcześniej doświadczenie. Nie ukrywam, że ten wymóg, ma na celu ograniczenie ilości przychodzących ofert. Przecież jak ktoś ma dyplom dobrej uczelni, to znaczy, że potrafi myśleć i uczyć się. Po dwóch, trzech miesiącach, będzie u nas dobrze funkcjonował .” Do końca 2004 r. musi powstać 1 milion nowych miejsc pracy i to tylko dla pokolenia wyżu. Jest to zadanie niezwykle trudne, a zważywszy na pogarszającą się koniunkturę gospodarczą wręcz niemożliwe do zrealizowania. Prawdopodobnie będzie się nasilała tendencja powiększania dysproporcji między grupami społecznymi i między regionami. Za ten problem są odpowiedzialne wszystkie ekipy rządzące w III RP. Wyż demograficzny, w przeciwieństwie do powodzi, nie powstaje nagle. Już na początku lat 90 tych można było określić ilość miejsc pracy, które powinny powstać dla ludzi młodych. Reformując polską gospodarkę był to jeden z najważniejszych czynników, które powinny stanowić o kierunku zmian. Tymczasem wydaje się, że wszystkie ekipy założyły hurraoptymistyczny, stały wzrost światowej gospodarki. Dzisiaj widocznym staje się brak planowania perspektywicznego lub istnienie planów, w których zapomniano o istnieniu wyżu demograficznego. Zarówno jeden, jak i drugi wariant wystawia negatywną ocenę rządzącym Polską, niezależnie od opcji politycznej, którą reprezentowali. Obecnie im bliżej wyborów, tym więcej pojawia się recept na uzdrowienie sytuacji. Politycy przy tym zapominają, że nie ma jednej uniwersalnej prawdy. Lansowany przez SLD pomysł ulg dla przedsiębiorców, może zrodzić patologię tworzenia miejsc pracy tylko po to aby otrzymać upusty podatkowe. Nieco lepiej wygląda program „Absolwent”. Zakłada on ulgi dla firm zatrudniających absolwentów, a także mniejsze wynagrodzenia dla podejmujących pierwszą pracę. Tu jednak może pojawić się pokusa zwalniania po roku absolwentów i zastępowania ich nowymi. Nie jest to obawa pozbawiona podstaw. „Ludzie interesu oceniani są według swej zamożności, a nie uczciwości czy udziału jaki ich przedsiębiorczość ma w społecznym i gospodarczym dobrobycie.” (G. Soros) Innymi słowy – to co słuszne podporządkowane zostaje temu, co skuteczne. W ten sposób osiągnięcie sukcesu jest łatwiejsze ponieważ nie wymaga zwracania uwagi na to, co słuszne. Unia Wolności i Platforma Obywatelska postulują obniżenie podatków oraz wprowadzenie podatku liniowego. Są to bardzo chwytliwe hasła, tym bardziej, że podatki płacimy wszyscy. Jednak obecnie liczba osób płacących najwyższą stawkę podatkową wynosi 300 tys., a z tego tylko 30 tys. stanowią ludzie tworzący nowe miejsca pracy. Reszta to dyrektorzy, członkowie rad nadzorczych, przedstawiciele wolnych zawodów i parlamentarzyści. Ile miejsc pracy stworzą ci ostatni? Biorąc pod uwagę fakt, że 96% polskich podatników stanowią ci płacący najniższą stawkę możemy stwierdzić, iż podatek liniowy de facto w Polsce istnieje. Ponadto takie rozwiązanie podatkowe obecnie istnieje w Estonii i Rosji, a kraje te nie należą do grupy państw, z których doświadczeń gospodarczych powinniśmy korzystać. Krytycy pomysłu zmniejszenia podatków zwracają uwagę na to, iż największy spadek bezrobocia zanotowano w czasie rządów koalicji SLD - PSL (z 16 do 10,6%) kiedy podatki były wyższe od dzisiaj obowiązujących (zarówno od osób fizycznych, jak i prawnych). Inną sprawą jest zmian kodeksu pracy. Jedna z proponowanych nowelizacji zakłada zwiększenie elastyczności zatrudnienia poprzez zawieranie większej ilości umów czasowych (obecnie trzecie musi być umową o pracę). Podobne rozwiązanie jest stosowane i to z powodzeniem w m.in. Stanach Zjednoczonych, które z 5% stopa bezrobocia uchodzą za wzór dla wielu państw. Nikt jednak nie wspomina, że aż 20% tam zatrudnionych to tzw. time workers, którzy borykają się z olbrzymimi problemami związanymi z brakiem możliwości otrzymania kredytu, kłopotami z ubezpieczeniem etc. Ponadto zarobki amerykańskie (także zarobki w UE) pozwalają time workerom na spokojne szukanie pracy, nawet przez kilka miesięcy po rozwiązaniu umowy. Polskie realia diametralnie się różnią. Średnia płaca wynosi 2100 zł. brutto, co raczej nie pozwala na komfort spokojnego szukania pracy. Proszę sobie wyobrazić absolwenta, który właśnie przybył do dużego miasta, dostał pracę i nagle po kilku miesiącach zostaje zwolniony. Z oszczędności żyć nie może, bo ile można zaoszczędzić zarabiając średnią krajową i do tego wynajmując mieszkanie. Jak widać rozwiązań doskonałych nie ma. Politycy wszystkich opcji przekonują, że są depozytariuszami prawdy absolutnej i tylko ich propozycje mogę przynieść wymierne efekty. Nie można spodziewać się cudu po przejęciu władzy przez SLD, także cud nie nastąpi po przejęciu władzy przez Platformę Obywatelską. Cuda są zarezerwowane dla metafizyki, w gospodarce bardziej przydają się pieniądze, a tych po prostu nie ma. Może tak więc pokusić się o porozumienie ponad podziałami. Przecież już starożytni wiedzieli, że prawda leży pośrodku. Prof. Orłowski z niezależnego ośrodka badawczego mówi, że po przekroczeniu 20 –25% stopy bezrobocia, w Polsce może dojść do gwałtownych wybuchów niezadowolenia społecznego. Zwraca również uwagę na fakt, iż wchodzący na rynek pracy będą chcieli zakładać rodziny, muszą gdzieś mieszkać, co znając naszą rzeczywistość nie nastraja zbyt optymistycznie. | |||