now@ on-line  czerwiec  2001

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


w tym wydaniu: 

AKI:

zamach

Anna Rataj:

burak wydania:

bur@k

Andrzej Olędzki:

micra:

Paweł Kos-Nowicki:

 
 

niuko

Królik z cylindra

Pozostałości po starym systemie są tak wielkie, że nie wiem czy w dającym się uchwycić przedziale czasowym uda się wykorzenić pewien bełkot którym wszyscy się posługujemy. Czy uda się przywrócić słowom ich pierwotne znaczenie? Na przykład wszyscy posługujemy się pojęciami lewica prawica, nie w odniesieniu do właściwego pojęcia tych słów lecz w odniesieniu do określeń przyjętych w poprzedniej rzeczywistości.

Takich pojęciowo-słownych cudaków mamy takie mnóstwo, często żeby precyzyjnie dojść co tak naprawdę za danym sformułowaniem idzie należy się dowiedzieć KTO to powiedział.

Historyczne powoływanie się na wspólnotę korzeni i tworzenie koalicji z tego wynikających jest z mojego punktu widzenia bzdurą totalną. Ale w tej bzdurze się tkwi. Wszystkie koncepcje koalicyjne jak gdyby nie brały pod uwagę że system partyjny powinien odwoływać się do określonych grup społecznych i bazować na tych grupach dbać o interesy tych grup. No i powinno być to wyraziste dla przeciętnego zjadacza chleba.

Zastanawiam się czy na naszym polskim uprawianiu polityki nie ciąży swoisty bagaż świadomości powszechnej który gloryfikuje zrywy, akcje, powstania, walkę, akty wielkiego heroizmu dające efekty prawie cudowne?

Jakby przymało nam w skali wartości, tych Wielkich, i jakby mało atrakcyjny był model konsekwentnego długofalowego działania organizatorów życia politycznego, gospodarczego itp. Jakoś mało pociągający jest model takiego działania. Ciągle gros kandydatów na „Top-listę” to ci co wygrali bitwę większą czy mniejszą, w takiej czy w innej sferze. W polityce czy w gospodarce. To gwiazda co rozbłysła szybko i nagle. Tam koncentrują się powszechne nadzieje. To za tym rydwanem podąża złakniony tłum. Im bardziej stajemy się społeczeństwem masowym i jakby demokratycznym, i im gorsza jest sytuacja materialna, coraz liczniejszych rzesz naszych obywateli, tym bardziej groźne staje się to zjawisko. Media maja to do siebie, że potrzebują gwiazd, jeżeli ich brak to je po prostu tworzą. Potrzebują współczesnych bajek o kopciuszku co z dnia na dzień....polskiej wersji biednego pucybuta co milionerem? Jakaż to bowiem nieatrakcyjna bajka i co to za sprawa do opowiedzenia że ktoś będzie robił coś konsekwentnie krok po kroku przez całe życie, to takie mieszczańskie. (Samo określenie większość z nas uznaje za głęboko pejoratywne.)

Troszkę zawsze jestem idealistą i mam zawsze nieśmiałą nadzieję, że w dłuższym horyzoncie czasowym, liczącymi partiami (formacjami) politycznymi okażą się nie te, które odnoszą doraźne sukcesy obecnie na bazie rozczarowania rzeczywistością, lecz takie, które wyraźnie zdefiniują obszar swojego zainteresowania a przez to będą mogły liczyć na naprawdę „żelazny” elektorat.

Każda miażdżąca przewaga jakiegokolwiek ugrupowania w naszej obecnej sytuacji przedłuża sytuację politycznego wahadła co to się przesuwa od lewa do prawa. Bo dla raczkującej demokracji nie jest groźne to że w głosowaniu weźmie udział 35 czy 65% uprawnionych do głosowania. Lecz to że ponad 50% biorących udział w głosowaniu to frustraci którzy gotowi są uwierzyć we wszystko co obiecuje odmianę ( w domyśle, szybko i im). To jest niebywała szansa dla politycznych komet i...opozycji.

Krok po kroku ....

Gdy staram się wysilić, aby bez naleciałości osobistych, sympatii czy antypatii określić które z obecnych ugrupowań najbliżej jest tego założonego modelu i rokuje dalszy w miarę czytelny rozwój to moim zdaniem należało by postawić na PSL. Myślę że poważniejsze zawirowania organizacyjne ta formacja ma już za sobą, dysponuje podstawową kadrą organizacyjną, częścią w miarę świadomego swej tożsamości elektoratu oraz zapleczem intelektualnym. Obserwując centralizację i coraz wyraźniejsze ciążenie bardziej radykalnych środowisk np. Samoobrony i innych ku PSL-owi rokuje rozwój znaczenia w dłuższym okresie czasu.

Jak we wszystkich formacjach na naszej scenie politycznej i tu nie brak „asów” co potrafili nam wszystkim udowodnić że „pecunia non olet”, czy jak prorokował swojego czasu członek biura politycznego PZPR bodajże towarzysz Żabiński, że władza nowych skorumpuje (oj dawno to było, wiele osób ma już amnezję), ale to niestety można powiedzieć dokładnie o wszystkich formacjach uczestniczących w grach politycznych na polskiej scenie. Mój osobisty pogląd jest nawet taki, że o przypadkach na tzw. umownie prawej stronie mówi się chętniej i częściej bo i łatwiej swojemu przykopać, koalicjantowi w garze namieszać a i „lewa noga” w tym pomoże. No a ruszyć „zastarzałe” sprawy z okresu uwłaszczania się dawnej nomenklatury, przepływu potężnych środków i dóbr które do końca nie było wiadome czy państwowe czy partyjne? Na to trzeba mieć coś z kamikadze i chcieć się bez końca włóczyć po sądach, z bardzo realną perspektywą konieczności niezłej grzywny za „naruszenie dóbr osobistych”. Tu ujawni się sprawność „lewej nogi” która gromko okrzyknie że to polityczne polowanie na czarownice w czym poprą ją często media kontrolowane przez ortodoksyjnych zwolenników „grubej kreski”.

Bo i smutna prawda też jest taka że, i wtedy tak i teraz, dysponując informacją, przełożeniem na decydentów można dokonać legalnego kantu w majestacie prawa. Fakt że wprowadzenie norm prawnych obowiązujących w Unii Europejskiej ukróciło by pewne „zwyczaje gospodarcze” wcale nie poprawia mi samopoczucia bo proceder trwa i zdaję sobie sprawę, jak i liczne rzesze całkiem nieźle prosperujących doradców prawnych, że do czasu ich wejścia wiele spraw zostanie ostatecznie zaklepanych i niejedna kabza solidnie się napełni. No może za bardzo nie śledzę postępów legistlacyjnych z należytą uwagą, ale w praktyce nie widzę takiego wyraźnie ukierunkowanego w tej materii pośpiechu. Mam natomiast takie przekonanie że nawet po wejściu w życie gotowych i sprawdzonych rozwiązań prawnych duże sprawy będą się ciągnąć ze względów proceduralnych, formalnych całymi latami. A czy w krajach gdzie gospodarka rynkowa nie jest tak świeżej daty nie ma afer gospodarczych? A że po drodze zniknie źródło utrzymania dla kilkudziesięciu lub kilkusettysięcznej grupy rodzin? Może to same homosowietikusy jak ktoś to umiejętnie nazwał? Może nie ma co rozwodzić się nad koniecznością wyginięcia tych historycznych skamienielin. Tylko co będzie jak złośliwy los wytypuje nas lub naszych bliskich do tej grupy?

powrót do strony głównej


now@ on-line czasopismo Internautów        http://nowamedia.w.interia.pl