now@ on-line  30 kwietnia 2001

napisz do nas

powrót do strony głównej

archiwum


w tym wydaniu: 

AKI:

burak wydania:

bur@k

ISP-Ż:

Jakub Kudlecki:

Leszek Skonka:

 

Magdalena:

 

AKI

Barani żywot

Dziwnie zaczął się ten dwudziesty pierwszy wiek dla mieszkańców beskidzkich wsi. Pojawiły się różne znaki, których innymi latami nie bywało. Najpierw starą Godulę złe po manowcach wodziło jak ze wspólnej „szkubaczki” (darcie pierza) do chałupy wracała. Dwie godziny przeszło błądziła, a przecież do chałupy nie więcej miała jak dwa pacierze. Ale to jej wina była. Mogła tyle nie opowiadać o Czarnej Księżnej cieszyńskiej, tej, co ją po śmierci ziemia przyjąć nie chciała, bo tyle miała grzechów na sumieniu. Potem zaś w lutowy dzień burza gradowa z piorunami przyszła. Niechybnie musiał płanetnik jakiś gradowe chmury nakierować i mimo bicia w burzowe dzwony nie przeląkł się! Całkiem niedawno zaś młody Wawrzyniec w stawie utonął, choć wszyscy wiedzieli, że pływać dobrze potrafił. Nic tylko topielec w głębinie za nogę go przytrzymał i wodą udławił. Potem śmiał się do ludzi, co na ratunek nad brzeg stawu przybiegli, aż się z ciemnej głębiny sznur srebrzystych banieczek na powierzchnię wysypał. A teraz kolejne nieszczęście. Drzewa liście dostają, w uroczystość św. Wojciecha (23.IV.) opiekuna pasterzy nabożeństwo się w kościele odprawiono, a czy redyk tegoroczny się odbędzie dalej nie wiadomo. A przecież wszyscy wiedzą, że po św. Wojciechu najwyższy już czas w góry z owcami ruszać. Przystają tedy gospodarze, po głowach się drapią i wspominają jak to po inne lata bywało. Ot choćby i przeszłego roku...

Tego dnia wszyscy wstają bardzo wcześnie. Ubrani odświętnie gromadzą się jeszcze przed świtem przy chałupie starego bacy Trzebuniaka. W półmroku, za chałupą na łące bieleją jeszcze świeże żerdzie ogrodzenia. To koszar, gdzie od wczoraj już znajduje się stado. Owce bowiem, przypędzono już poprzedniego dnia. Zawsze tak się robi. W przeddzień wiosennego redyku następuje mieszanie owiec obok chałupy bacy, tak że noc stado spędza już wspólnie. W końcu z chałupy wychodzi baca wraz z juhasami. Oni również ubrani są odświętnie. Psy, które jeszcze trzymane są na uwięzi szarpią się niespokojnie. Nieco na uboczu zgromadziły się kobiety i dziewczęta. Już od wczorajszego wieczora nie powinny zbliżać się ani do pasterzy, ani do owiec. Tak każe dawny zwyczaj. Baca zaczyna odmawiać pacierz. Gospodarze zdejmują z głów kapelusze. Jeden z młodszych pomocników, tzw. honielnik wynosi z chałupy żeliwny garnek z żarem. Baca po skończeniu modlitwy wrzuca do niego garść specjalnych, suszonych ziół i rusza dookoła koszaru. Okadza stado szepcząc przy tym modlitwy. Wszyscy obecni przyglądają się temu ceremoniałowi z należytym milczeniem.

Tymczasem zza szczytów gór wyłoniła się wielka czerwona kula słońca. Chociaż w miejscu, gdzie ustawiono koszar jeszcze zalega cień, nastaje świt. Las do niedawna jeszcze ciemny i głuchy, teraz rozbrzmiewa ptasim śpiewem. Na krzakach i trawach mienią się w porannym słońcu krople rosy. No i ten zapach. Tak może pachnieć tylko wiosenne powietrze.

Teraz juhasi otwierają koszar. Wcześniej jednak przed wyjściem ułożyli na ziemi dwie ciupagi połączone łańcuchem. Owce opuszczając zagrodę przeskakują przez łańcuch. To ważny moment. Dzięki temu będą zawsze trzymać się razem w stadzie, nie pogubią się ani nie rozbiegną. Pochód rusza białą rzeką. Na jego czele dumnie kroczy baca. Pomimo, że lata młodości dawno ma już za sobą, nadal trzyma się krzepko. Jego ruchy są sprężyste, a plecy proste. Siwe włosy opadające mu na ramiona rozwiewa lekko wiatr. Jako jeden z nielicznych już nosi koszulę z wołoskimi rękawami sięgającymi łokcia. Na ramionach kołysze się zarzucona z fantazją cucha. Opięty jest szerokim, nabijanym metalem pasem. W ręku, podobnie jak juhasi trzyma ciupagę. Ale nie podpiera się nią. Nikt się nie podpiera. Wszyscy wiedzą, że w czasie redykowego pochodu nie wolno się podpierać, bo by owce nogi mogły na pastwisku połamać. Juhasi nie będą też zabranych ze sobą naczyń myć w bieżącej wodzie strumienia, by owcom mleko nie odeszło. Nie wolno też owiec liczyć wskazując na nie palcem a jedynie kapeluszem, choć jak mówi baca „owce się cyto, nie licy”.

Pochód idzie wolno, z powagą. Teraz przed bacą biegnie wielki, biały pies. To oni obaj torują drogę stadu. Gdyby ktoś czary podłożył, to oni właśnie pierwsi przez nie przejdą. To w nich ugodzą złe moce, a stado ocaleje. Bo bokach idą juhasi. Słychać ich gwizdy i pokrzykiwania podczas zaganiania owiec. Na samym końcu, ciągnięty przez parę koni, toczy się wóz, na którym złożono wszelaki pasterski dobytek. Na wieczór powinni już być na miejscu.

Gospodarze odprowadzają redyk do granicy wsi. Potem wracają. Po drodze omawiają ten jeden z najważniejszych od lat w życiu wsi dni. Są zadowoleni. Wszystko odbyło się jak należy, jak każe przestrzegany od lat obyczaj, a i ten piękny, pogodny poranek to dobra wróżba. Teraz pozostaje im tylko czekać do jesieni, kiedy to po św. Michale (29.IX.) stado powróci z górskich pastwisk.

Tak było jeszcze zeszłego roku. A jak będzie teraz? Otóż Wojewódzki Lekarz Weterynarii jakoś nie chce uwierzyć w czarodziejskie umiejętności i magiczną moc starego bacy Trzebuniaka i z obawy przed pryszczycą szalejącą w europie zachodniej zwleka z wydaniem zgody na tegoroczny redyk. Czekają ludzie, ale czekają też i owce pobekując i spoglądając tęsknie na odcinające się wyraźnie świeżą zielenią górskie hale.

„Chuligan” to rosły, silny baran z przepięknie zakręconymi rogami. Swoje imię zawdzięcza wyjątkowo niesfornemu zachowaniu. Niejednego turystę barwnie ubranego już pogonił, a i miejscowym nie przepuści. Mimo to stanowi chlubę jednego z gospodarzy. Stoi on teraz i przygląda się podejrzliwie, jak jego właściciel rozmawia z jednym z gospodarzy. Padają słowa HIV, kwaśny deszcz, BSE, pryszczyca... Kto wie, może właśnie zastanawia się czyj tak naprawdę żywot jest barani?

powrót do strony głównej


now@ on-line dwutygodnik Internautów     http://nowamedia.w.interia.pl